chcę otrzymywać wiadomości dla osób
profesjonalnie sprawujących opiekę nad kobietą w ciąży, podczas porodu i w połogu.





Partnerzy i sponsorzy:


Brak wrażliwości

Mieszkam pod Bydgoszczą, ale w lipcu byłam z dziećmi na wakacjach pod Złotowem. W 21 tygodniu ciąży zaczęłam krwawić, więc jak najszybciej pojechałam do szpitala w Złotowie. Dotarłam tam po 20 minutach. Odnalazłam oddział medycyny ratunkowej, gdzie powiedziano mi, że teraz nie ma mna się kto zająć i mam poczekać na korytarzu.

Ponieważ wydawało mi sie, że w sytuacji krwawnienia w ciąży wskazane jest leżenie, położyłam się w jednej z sal dla pacjentów. Wówczas zainteresowała się mną pielęgniarka i po konsultacji z lekarzem skierowała na oddział ginekologiczno-położniczy. Tam zarejestrowano mnie, przyjęto na odział i polecono czekać na konsultacje lekarską. Moje oczekiwanie trwało 1,5h. Po tym czasie zbadał mnie lekarz ( żartując nieustannie) i wykonał USG stwierdzając, że dziecko nie żyje. Nie powiedział jednak tego do mnie, tylko do położnej zapisującej wyniki badania, mówiąc "w jamie macicy płód martwy w położeniu miednicowym". Potem podyktował resztę wyników i zwrócił sie do mnie z pytaniem, czy słyszałam i przekazał informację, że w dniu jutrzejszym zostanie wywołany poród.


Położono mnie na 6 osobowej sali z 2 kobietami w ciąży i 3 przed lub po zabiegach ginekologicznych. Położna i pielęgniarki pracujące na odziale oraz jedna z lekarek były bardzo życzliwe i taktowne. Odpowiadały na wszystkie moje pytania dotyczące pogrzebu, badań histopatologicznych itp., jednak o wszystko sama musiałam się dopytać. Pozostali lekarze byli raczej obojętni.


Następnego dnia ok. godz 12.00 podano mi do szyjki macicy lek o nazwie cytotec (polecając uprzednio napisać oświadczenie, że w związku z obumarciem ciąży ja proszę o jej rozwiązanie), poinformowano, że poród powinien trwać 6 godzin i polecono wrócić na salę. Tam wśród pozostałych pacjenteki i odwiedzających je i żartujących ludzi leżałam z nasilającami się skurczami. Po 6 godzinach zbadano mnie i podano Pyralgin, z powodu silnego bólu. Kilkakrotnie prosiłam o przeniesienie w jakieś odosobnione miejsce, jednak powtarzano mi, że nie ma takiej możliwości ze względu na brak miejsc. Dopiero ok. godz. 19.00 położna wyprosiła mężczyzn odwiedzających pacjentki z sali. Ponieważ poród był bardzo bolesny, pozostałe pacjentki postanowiły wyjść do świetlicy. Dzięki temu ostatnią godzinę porodu spędziłam tylko z mężem i zaglądająca od czasu do czasu położną. Po urodzeniu się dziecka zabrano mnie do gabinetu zabiegowego na zabieg wyłyżeczkowania jamy macicy.


Ponieważ poinformowałam o niezgodności serologicznej pomiędzy mną a moim mężem, następnego dnia podano mi immunoglobulinę anty RH, jednak najpierw powiedziano mi, że dostanę 150 jednostek, a potem podano tylko 50  - bo więcej nie było w szpitalu i jak mnie poinformowała dyżurująca pielęgniarka "pan doktor powiedział, że tyle wystarczy". Tego samego dnia wypisano mnie do domu, a na moje pytanie dotyczące pojawienia się laktacji poinformowano, że mam udac się w tej sprawie do lekarza prowadzącego.  Laktacja pojawiła się następnego dnia, powodując dużą bolesność i twardość piersi, a ponieważ była to sobota i moja przychodnia nie była czynna pojechałam do szpitala im. Biziela w Bydgoszczy, gdzie po informacji, że muszę zapłacić 40 zł za poradę, gdyż "nie jest to porada ratująca życie" otrzymałam receptę na Bromocorn.


Szpital w Złotowie odwiedziłam jeszcze dwukrotnie, za pierwszym razem odbierałam wyniki badań histopatologicznych. Odmówiono mi jednak wydania zaświadczenia do USC w celu zarejestrowania dziecka, twierdząc, że było za małe. Wydrukowałam ze strony www.poronienie.pl stosowne przepisy i wówczas zaświadczenie wystawiono, co jednak wymagało mojej kolejnej podróży (Złotów leży ok. 100 km od Bydgoszczy). Również zwrotu karty ciąży musiałam się domagać popierając stosownymi zapisami rozporządzenia dot. dokumentacji medycznej.


Mój ginekolog stwierdził, że otrzymałam tylko wyniki badań histopatologicznych, ale nie wyniki badań sekcji dziecka, których kopię dosłano mi dopiero pocztą po kolejnej interwencji telefonicznej (bo jak usłyszałam "pan doktor nie każe ich wpisywać") Dzięki nim poznałam płeć dziecka (syn) oraz dowiedziałam się, że dziecko było zdrowe - zmarło w wyniku trzykrotnego owinięcia pępowiną.


Małgorzata

Poród miał miejsce w lipcu 2006 r. w Szpitalu Powiatowym w Złotowie

konferencje2018.jpg

sasakawa copy

sasakawa copy

sasakawa copy

jeden procent

kobiety mowia www

zorganizuj pokaz filmu zielony

baza porodowek

sasakawa copy

raporty red

iconka zamow publikacje

iconka lektury obowiazkowe