chcę otrzymywać wiadomości dla osób
profesjonalnie sprawujących opiekę nad kobietą w ciąży, podczas porodu i w połogu.





Partnerzy i sponsorzy:


Dwie twarze, dwie pary rąk, tak inne....

Pięć dni przed terminem, wieczorem zaczęły mi odchodzić wody. Rozmawiałam z moją Panią doktor przez telefon, która mnie uspokoiła i zapewniła, że to normalne.

Więc następnego dnia (piątek) poszłam do pracy. Wody wciąż się sączyły i zaczęły się skurcze, ale wytrwałam do końca dnia. To mój trzeci poród, więc wiem, że to już. Około 21:00 jedziemy na Izbę Przyjęć. Położna dyżurująca kazała mi się położyć i czekać, aż skurcze się wzmogą. Była bardzo nieprzyjemna i zła, jak gdybym jej przeszkadzała. Podłączono mnie do KTG, zostałam sama, męża wyproszono, była już 22:00 i nie mógł przebywać na oddziale razem ze mną. Wraca położna a wraz z nią lekarz, który grubiańsko pyta: "po co przyjechałam skoro nie ma żadnych oznak zbliżającego się porodu. Takie skurcze...phi."

Czuję się bardzo samotnie, próbuję leżeć w łóżku, ale ból skurczy nie daje mi spokoju. Zaczęłam więc spacerować najciszej jak tylko potrafiłam. Zjawiła się wtedy bardzo miła położna, która zaprowadziła mnie na KTG, ale aparatura wciąż nie potrafiła odczytać intensywności skurczy. Położna poradziła "Cóż niech się Pani położy, po korytarzu i tak nie może Pani spacerować, a jeśli ból nie da Pani spać, zaprowadzimy Panią na blok". Między skurczami przysypiałam na krótką chwilę. Nie wytrzymałam długo tego bólu, czując coraz częstsze i mocniejsze parcie zgłosiłam się do położnej i poszłyśmy na blok. Miałam 7 cm rozwarcia, ucieszyłam się, ponieważ nie było już czasu, aby mnie ogolić. Ta niemiła położna kazała mi przeć, kiedy nagle skurcze osłabły. W tym momencie, ona, z impetem wsadziła swoje obydwie dłonie we mnie. Sprawiła mi ogromny ból, pękło mi całe krocze. Jeszcze tylko dwa parcia i jest na świecie moja córeczka. Niestety od razu ją zabrano. Ja czekam na przyjście lekarza, który zszyje moje popękane i obolałe krocze, a w tym czasie położna naśmiewa się z moich danych osobowych. Po godzinie, półtorej znów miałam córeczkę ze sobą.

W szpitalu nikt mnie niczego nie uczył, jak pielęgnować dzieciątko, jak karmić, jak ubierać. Nikt także nas (matek) nie informuje, co się dzieje z dzieckiem, jaki jest jego stan zdrowia. Same dbamy o czystość pościeli, a w łóżeczkach dla maluchów nie ma materacyków. Miałam popękane brodawki, które krwawiły, a dziecko wymiotuje przez to krwią, której się opiło zamiast mojego mleka. Jedyne co to dostałam ulotkę, jaka istnieje maść na rynku na takie problemy, abym sobie ją kupiła. Smutne bardzo jest to, że tak bardzo widać różnicę pomiędzy zwykłą pacjentką z ulicy jaką jestem ja, a pacjentkami z prywatną opieką.

Rodziłam trzy razy: w Warszawie na Inflanckiej (pomimo pierwszego porodu - wspominam go najlepiej), później w Puławach i ten ostatni w Kozienicach. Zawsze byłam przyjmowania "z ulicy" i rodziłam sama, bez męża.

Wspominam jedną uczennicę położnictwa przy moim pierwszym porodzie w Warszawie, która na ostatnim etapie trzymała mnie za rękę i głaskała po włosach. Niby nic, mały gest, pamiętam jej dobrą twarz po dziewięciu latach. Zapamiętam też twarz tej położnej z ostatniego porodu, ale jakże inną, pełną złości i krzyczącą. Zapamiętam także jej dłonie (nie tak jak tamtej: miłe i troskliwe) rozdzierające moje krocze.

Dwie twarze, dwie pary rąk, tak inne....

Anna

Poród odbył się w maju 2005 roku w SP ZZOZ Szpital Powiatowy w Kozienicach

sasakawa copy

sasakawa copy

sasakawa copy

jeden procent

konferencje2016.jpg

kobiety mowia www

zorganizuj pokaz filmu zielony

baza porodowek

sasakawa copy

raporty red

iconka zamow publikacje

iconka lektury obowiazkowe