chcę otrzymywać wiadomości dla osób
profesjonalnie sprawujących opiekę nad kobietą w ciąży, podczas porodu i w połogu.





Partnerzy i sponsorzy:


Gdy poprosiłam o pomoc to położna dziwnie na mnie popatrzyła

Na miesiąc przed terminem porodu, gdy wybrałam się na porodówkę, żeby ją obejrzeć i zadać kilka pytań położna była zaskoczona: "A co tu jest do oglądania - przyjdzie pani rodzić to się sama przekona!". Już wtedy chciałam im serdecznie podziękować, ale...tutejsza neonatologia cieszyła się dobrą opinią w Krakowie, a dobro dziecka jest najważniejsze. Moja ciąża była wysokiego ryzyka, musiałam brać sporo leków, kilkakrotnie byłam hospitalizowana.

Na izbie przyjęć - choć był środek nocy - bez zastrzeżeń. Golenie i lewatywa obowiązkowe. Na salę porodową pojechaliśmy razem z mężem, który po "szkole rodzenia" gotów był mnie wspierać i pomagać. Opłata 300 zł - i może ze mną zostać. Pokój osobny, ale jakiś nieprzyjemny, pusty i zimny. Gdy weszliśmy do środka, położna odkręcała właśnie zawór grzejnikowy choć na zewnątrz od kilku dni był spory mróz. Na środku sali stary typ łóżka porodowego, twarde krzesło dla osoby towarzyszącej, umywalka, brak piłki porodowej i worka sako (znałam je ze szkoły rodzenia), a o wannie czy prysznicu można sobie tylko pomarzyć. Do WC trzeba przejść przez 2 sale porodowe - "jedynkę" i dużą ogólną. Drugie drzwi zaraz na korytarz, tuż obok główne wejście na oddział położniczy. Było to dość krępujące, że cały oddział wraz z odwiedzającymi chcąc - nie chcąc podsłuchuje mnie (urodziłam popołudniu).

Opieka położnej bez zarzutu. Szkoda tylko, że nie pozwolono mi rodzić w wybranej pozycji, którą ćwiczyłam w "szkole". Było tradycyjnie na plecach i bardzo niewygodnie. Znieczulenia się nie doczekałam, mogłam liczyć tylko na NO-Spę i Pyralginę w iniekcji. Nie obyło się bez nacięcia krocza i kroplówki z oksytocyną (nie wiem, czy były konieczne).

O ile z porodu i opieki w trakcie jestem zadowolona (zawsze mogło być gorzej) to największe rozczarowanie przyszło tuż po urodzeniu córeczki. Choć była w dobrym stanie - 10 pkt. Apgar - nie dostałam jej na brzuch. Od razu przecięta pępowina, przyspieszenie oksytocyną i wyciąganie łożyska przez pociąganie za pępowinę. W 3 minuty od urodzenia córeczki było już po wszystkim. Zobaczyłam ją przez chwilkę już po ważeniu i wstępnych badaniach, zawiniętą w różek, a po chwili była już na noworodkach. Ale za nią tęskniłam! A gdzie pierwsze karmienie, spojrzenia prosto w oczka, wspólny odpoczynek? Miałam nadzieję, że jak tylko znajdę się na położnictwie to zaraz się zobaczymy, ale stało się to dopiero w 4 godziny po porodzie i to na moją wyraźną prośbę. Tak jakby o nas zapomniano.

Mąż dowiedział się tylko, że córka jest zdrowa i śpi. Więc odetchnęłam spokojnie i próbowałam zasnąć, ale czy to jest możliwe po takich przeżyciach? W dodatku na 8-osobowej sali z odwiedzinami bez ograniczeń. A do tego tęsknota do dziecka i niepokój o laktację. Przecież jeszcze jej nie karmiłam. Bardzo chciałam karmić naturalnie, ale mała nie umiała się przyssać, bo miałam płaskie brodawki. Więc dzieciątko płakało, ja się martwiłam, a położna po porostu zabrała je na butelkę (nic nie mówiąc) i dopiero wtedy mała zasnęła.

Gdy poprosiłam o pomoc w pierwszym przystawieniu to położna dziwnie na mnie popatrzyła i bąknęła "nie mam czasu". Doszło do tego, że mąż kupił laktator i pompował całymi godzinami. Mleko się pojawiło, córcia nauczyła się ssać w domu (w 10 dniu!) i tak jest do dziś. Udało się dzięki mężowi, laktatorowi i mojemu zaparciu.

Uciążliwe były jeszcze: światło w nocy na sali, stale zajęty prysznic i ubikacja (2 na prawie 50-osobowy oddział), tłumy odwiedzających przez większość dnia, przez 5 dni pobytu tylko raz zmieniona poplamiona krwią pościel, potem w podobnej musiałam leżeć do końca, oschłość personelu jeżeli chodzi o pomoc przy wstawaniu z łóżka (nawet w 1 dobie!), pomoc dla położnic przy toalecie była tylko dla pań po cesarce i to tylko w 1 dobie (ja sama to przykro odczuwałam, a co dopiero te pocięte dziewczyny), korzystanie z dzwonka było tylko dla "leżących", czyli do 1 wstania, wyraźny zakaz rozluźnienia dziecku ciasno owiniętego becika.

Na szczęście było też "po ludzku" jeśli chodzi o opiekę neonatologa. Sposób w jaki pani doktor badała codziennie przy mnie córkę podobał mi się, a nawet działał kojąco. Delikatnie, spokojnie, tak jak być powinno. Czyli można - nawet przy braku warunków. I jeszcze posiłki. Tu też jest "5+". W termosach, ciepłe, smaczne, odpowiednie dla mamy karmiącej. Może dlatego, ze dostarczane przez oddzielną firmę.

Mimo wszystko gdybym miała rodzić jeszcze raz, to wybiorę inny szpital w Krakowie. Mam nadzieję, że położne pracujące na tym oddziale zrozumieją jak wiele od nich na początku zależy.

Agnieszka

Poród odbył się w lutym 2005 roku w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, ul. Kopernika 23.

sasakawa copy

sasakawa copy

sasakawa copy

jeden procent

konferencje2016.jpg

kobiety mowia www

zorganizuj pokaz filmu zielony

baza porodowek

sasakawa copy

raporty red

iconka zamow publikacje

iconka lektury obowiazkowe