chcę otrzymywać wiadomości dla osób
profesjonalnie sprawujących opiekę nad kobietą w ciąży, podczas porodu i w połogu.





Partnerzy i sponsorzy:


Masz kobieto dziecko, bierz je i radź sobie

Minęło już 2,5 miesiąca od narodzin mojego syna i staram się nie wracać do początków naszego wspólnego życia, bo mówiąc krótko, nie były łatwe. Ale - ku przestrodze innym i by wziąć głos w dyskusji o tym, jak Rodzić, by było ?po Ludzku" - piszę.

Urodziłam syna po terminie, poród - w warszawskim szpitalu im. ks. Anny Mazowieckiej przy ul. Karowej - był wywoływany oksytocyną. Zgodziłam się na to, bo obawiałam się, że syn może ucierpieć z powodu przenoszonej ciąży.

Do szpitala przyjęto mnie w sobotę. O godz. 9:00 leżałam już podłączona do oksytocyny. Bez możliwości poruszania się poza łóżkiem, bo krople oksytocyny dozował aparat podłączony do prądu. Gdy prosiłam o odłączenie, by wyjść do toalety, położna robiła problemy i przynosiła krępujący basen. O 15:00 przy badaniu ginekologicznym przebiła mi pęcherz płodowy i nawet mi o tym nie wspomniała. O tym, że odeszły mi wody dowiedziałam się kilka godzin później od dyżurnej lekarki. Miało to (przebicie pęcherza) swe dramatyczne skutki, bo syn rodził się długo - zachodziła obawa zakażenia, bo mijało 12 godzin od przebicia pęcherza płodowego do jego narodzin.

Sam poród - ze znieczuleniem i przy wsparciu męża - nie był zły. Złościło tylko to, że nic nie jest tak, jak opowiadała położna ze szkoły rodzenia - nie można było wziąć prysznica, pójść do toalety, posiedzieć na piłce czy pochodzić wokół łóżka. Pozwolono mi jedynie stać i patrzeć przez okno. No i nikt nie pytał mnie, w jakiej pozycji chcę rodzić - po prostu leżałam na łóżku z podkurczonymi nogami, na koniec prawie weszła na mnie jedna z lekarek.

Po urodzeniu położono mi dziecko na brzuchu na 2 minuty - świetnie zarejestrował to aparat cyfrowy pokazując minuta po minucie, co działo się z synkiem. W drodze na salę poporodową salowa, która wiozła mnie wózkiem, pytała bezczelnie, czy nie zatrudnię jej do sprzątania bądź pomocy przy dziecku!

Umieszczono mnie na sali 4-osobowej, byłam jedyna, która urodziła pierwszy raz. I tu zaczęły się schody - nikogo nie interesowało czy karmię, czy dziecko coś je. Wzywałam pomocy, chodziłam do dyżurki - niestety, każda położna radziła co innego. Było za to nieustanne szarpanie dziecka i sprawianie mi bólu przy próbie ?wyciskania" pokarmu. Zdarzały się położne, co chciały pomóc, ale i tak kończyło się to niczym. Większość jednak była zła, że wołam pomocy, że sobie nie radzę i zdarzało się, że na mnie krzyczały. Rezultat - wyszłam ze szpitala z silną depresją i malcem nakarmionym sztucznym mlekiem. Miałam pecha - położna laktacyjna była akurat na zwolnieniu.

Zarzut, jaki mam do szpitala na Karowej, to całkowity brak opieki poporodowej - ?Masz kobieto dziecko, bierz je i radź sobie". Zero pomocy. Jeśli gorzej radzisz sobie z rozbieraniem malucha do badania, jesteś fajtłapą. Jeśli nie umiesz karmić, przewijać - co z ciebie za matka. I ten ciągły pośpiech, bo za drzwiami stoją już kolejne pacjentki i chaos - chyba żaden lekarz nie przekazywał drugiemu, co było na jego dyżurze. Każdy obchód to było przedstawianie problemu na nowo; często zmieniały się też diagnozy i zalecenia.

Czy rodziłam więc ?po ludzku"? Chyba nie. Teraz myślę, że gdybym miała mieć drugie dziecko, to nie urodzę go na Karowej. Wybiorę mniejszy i skromniejszy szpital pod Warszawą. Postawię na opiekę po porodzie i na to wydam dodatkowe pieniądze, a nie na szkołę rodzenia czy osobistą położną (ta, na szczęście - mimo że była umówiona - nie przybyła na mój poród, co dało mi i mężowi intymnie przeżyć pierwszy okres porodu).

Bożena

Poród odbył się w lutym 2006 r. w Szpitalu Klinicznym im. ks. Anny Mazowieckiej, ul. Karowa 2,  Warszawa

sasakawa copy

sasakawa copy

sasakawa copy

jeden procent

konferencje2016.jpg

kobiety mowia www

zorganizuj pokaz filmu zielony

baza porodowek

sasakawa copy

raporty red

iconka zamow publikacje

iconka lektury obowiazkowe