Mój poród oceniam na 5+

Decyzję o porodzie rodzinnym rozważaliśmy z mężem bardzo długo i przygotowywaliśmy się razem. Uczęszczaliśmy do szkoły rodzenia, która znajdowała się w szpitalu, w którym rodziłam. Zajęcia odbywały się raz w tygodniu i co ważne - szkoła była bezpłatna. Za poród rodzinny nie zapłaciliśmy ani złotówki, jedynie musieliśmy zakupić z aptece zestaw dla tatusia (fartuch, maseczka, czepek).

Całą ciążę przechodziłam (a raczej przebiegałam) bez żadnych objawów. Im bliżej było rozwiązania, tym bardziej nie mogłam się doczekać mojego Skarbu. 17.01.2006 zaczęło się...

Była godzina 21.30, gdy znalazłam się na porodówce, cały czas był obecny mój mąż i dziękuję mu za to!

Na sali porodowej miałam dostęp do piłek, ciepłego prysznica i co ważne - mogłam chodzić, a nie cały czas leżeć. Położna cały czas ze mną rozmawiała i podtrzymywała na duchu. Co jakiś czas przychodził lekarz kontrolować postęp porodu, o wszystkim mnie informowano.

Miałam bardzo małe rozwarcie, więc podano mi leki, by poród postępował i zrobiono mi masaż szyjki (wcześniej pytając o zgodę) i rzeczywiście coś się ruszyło. O godzinie 1-szej odesłano mojego męża do domu, by się wyspał. Nie ukrywam, że trochę się bałam zostać sama, bo różne rzeczy słyszałam o traktowaniu przez personel.

O godzinie 4-tej rano odeszły mi wody i dostałam bólów partych. Wtedy to zawiadomiono mojego męża, który natychmiast przyjechał. O godzinie 7-ej nastąpiła zmiana położnych i przy moim łóżku zaczęli schodzić się lekarze. Byłam już zmęczona i okazało się też, że dziecko jest źle ułożone. Podjęto decyzję o cesarskim cięciu.. O 12-tej w południe zabrano mnie na salę operacyjną. Gdy personel przygotowywał mnie do zabiegu, ujrzałam mojego męża. Bardzo się zdziwiłam i jednocześnie ucieszyłam, bo zaproponowano mężowi, by był przy mnie. Byłam cały czas świadoma, lekarze i anestezjolog mówili mi, co się dzieje w danej chwili.

Mój mąż był pierwszą osobą, która ujrzała nasze maleństwo. Ja zobaczyłam córeczkę dopiero po trzech godzinach i nie ukrywam - było mi przykro, bo czekałam na nią długie 9 miesięcy. Przez cały pobyt w szpitalu miałam kontakt z dzieckiem, dzień i noc. Gdy czułam się zmęczona, mogłam oddać małą na salę noworodkową i byłam pewna, że będzie pod dobrą opieką. Musze podkreślić, że na sali leżałam sama i było to świetne rozwiązanie. Miałam odrobinę intymności, mogłam cieszyć się dzieckiem, bez obaw, że komuś przeszkadzam.

Personel szpitala spisał się prawie na medal. Jedna rzecz, która mnie zraziła na oddziale poporodowym, to traktowanie mojego męża ( i generalnie wszystkich mężczyzn) przez niektóre pielęgniarki jako zło konieczne.

Bardzo się bałam nie tyle samego porodu, co atmosfery na porodówce. Muszę jednak w 100% stwierdzić, że mój poród oceniam na 5+. Jeżeli kiedykolwiek będę jeszcze rodzić, to tylko w tym szpitalu.

Katarzyna

Poród odbył się w styczniu 2006 w Szpitalu Wojskowym, w Szczecinie.

sasakawa copy

sasakawa copy

http://www.rodzicpoludzku.pl/dokumenty/grafika/konfa_szczecin_na%20www.png

sasakawa copy

jeden procent

raporty red

raporty red

zorganizuj pokaz filmu zielony

baza porodowek

iconka zamow publikacje

kobiety mowia www

sasakawa copy

iconka lektury obowiazkowe