W tym szpitalu ja i moje dziecko byliśmy niewidzialni

Naprawdę byłam szokowana, że pomimo tylu moich próśb o pomoc (właściwie tylko przy karmieniu), tyle położnych to zbagatelizowało. Miałam wrażenie, że w tym szpitalu ja i moje dziecko jesteśmy chwilami niewidzialni. W związku z tym oto mój wniosek na przyszłość: w szpitalu trzeba piszczeć, stękać i lamentować, żeby ktoś zauważył, że potrzebujesz pomocy!

Na porodówkę przyjechałam z mężem około północy. Zadzwoniliśmy, zbiegły trzy położne. Pomimo, że miałam już skurcze (bardzo nieregularne - co 7, 12, 5 minut) cały czas łudziłam się, że to ?jeszcze nie TO" i za chwilę każą mi jechać do domu, bo to fałszywy alarm. Zorientowałam się, że jednak się mylę i że będę rodzić po tym, jak kazały mi się spieszyć i zaczęły wydawać surowe i ostre komendy - jak w wojsku. To mnie naprawdę zestresowało, bo pomyślałam, że urodzę lada moment.

Jak już przebrałam się w koszulę i szlafrok - jedna z położnych kazała mi iść za sobą - więc poszłam. Pojechałyśmy windą na 2. piętro - tam okazało się, że 3 boksy są zajęte, więc zjechałyśmy na 1 piętro. Po drodze złapały mnie chyba ze 2 skurcze - musiałam się zatrzymać - a położna nawet się za mną nie obejrzała...

W windzie powiedziała mi: ?łeechh wszystkie do nas, jakby Biziela nie było!". Po dotarciu na 1. piętro przekazała mnie innej położnej, po czym położyłam się na łóżku, dołączył do mnie mąż i czekaliśmy. Położna, która odbierała mój poród była raczej neutralna - nie udzielała zbędnych komentarzy, gdy ją o coś zapytałam -  odpowiadała, im bliżej ?finiszu", tym była bardziej sympatyczna. Ogólnie odebraliśmy ją z mężem bardzo pozytywnie.

Gdy już przewieziono mnie na salę do innych matek - zaraz po porodzie - położono mi synka na gołe piersi i powiedziano że mam tak leżeć 2 godziny, nic nie jeść i nie pić, nie podnosić się. Bardzo byłam wtedy szczęśliwa i zadowolona - tak sobie leżeliśmy, mogłam w końcu poprzytulać, pogłaskać i popatrzeć na swój skarb. Synek był bardzo spokojny, trochę pomrukiwał, trochę spał, delikatnie kopał mnie w brzuch. Pod koniec tych dwóch godzin (nie jestem pewna czy to nie trwało dłużej) synek robił się niespokojny, przypełzł mi prawie do szyi i zaczął delikatnie popłakiwać. W tym czasie dosłownie nikt do mnie nie przyszedł sprawdzić, czy wszystko w porządku. Ja sama zaczęłam go przesuwać w stronę piersi - niestety bez sukcesu - byłam jeszcze słaba i nie wiedziałam, czy mu nie zrobię krzywdy jak go zacznę podnosić. W końcu przyszła położna po niego, po kilku minutach przyniosła umytego i ubranego, zawiniętego w rożek. Położyła go obok mnie - chyba bez słowa - nie powiedziała czy go przystawić do piersi, czy już mogę wstać, umyć się itp. Mały spał, po jakiś czasie poszłam pod prysznic.

Sama zaczęłam podejmować próby karmienia - bardzo bolały mnie sutki, widziałam, że synek nie wywija prawidłowo warg i nie widziałam w kąciku języczka, próbowałam swoim palcem mu pomóc - bez skutku. Gdy był obchód jedna z położnych (lub pielęgniarek) stała bliżej mnie więc poprosiłam ją, żeby pomogła mi go przystawić do piersi. Powiedziała mi, że po obchodzie. Obchód się kończył, a ona nie przyszła. Po jakimś czasie przyszły położne do pacjentki obok - poprosiłam o to samo - powiedziała mi, że teraz idzie na USG - domyśliłam się więc, że skoro nikomu nie zapłaciłam, to sama muszę się borykać ze swoimi problemami. Gdy przyszła pediatra do małego (z dwiema położnymi), rozebrała go, zbadała (pediatra bardzo miła i sympatyczna) i poszły - maleństwo zostawiły tak rozebrane. Na szczęście miałam małe doświadczenie w pielęgnacji noworodków i nie bałam się go przebierać lub przewijać. Innym razem położna (będąca znów nie u mnie) - powiedziała surowym głosem - ?kłaść na boczku", więc zaczęłam synka kłaść na boczku...

Dopiero na nocnej zmianie przyszła starsza położna - poprosiłam ją do siebie, popatrzyła jak go przystawiam, powiedziała, że dobrze wywija dolną wargę, a sutki mnie jeszcze mogą boleć, bo nieprzyzwyczajone. Późnym wieczorem jeszcze przyszła popatrzeć jak bobasy śpią, ona w końcu poinformowała dlaczego maleństwa trzeba układać na boku. Pomogła mi otulić małego do snu.

Drugiego dnia przyszedł inny pediatra do małego (również bardzo sympatyczny), zbadał, zapytał czy karmię piersią, odpowiedziałam, że tak, tylko mam problem z przystawianiem i że bardzo mnie boli jak synek ssie. Powiedział do swojej ?asystentki", żeby później przyszła do sprawdzić, jak go przystawiam. Nietrudno się domyśleć, że i tym razem się nie pojawiła.

Naprawdę byłam szokowana, że pomimo tylu moich próśb o pomoc (właściwie tylko przy karmieniu), tyle położnych to zbagatelizowało. Miałam wrażenie, że w tym szpitalu ja i moje dziecko jesteśmy chwilami niewidzialni. W związku z tym oto mój wniosek na przyszłość: w szpitalu trzeba piszczeć, stękać i lamentować, żeby ktoś zauważył, że potrzebujesz pomocy!

W związku z powyższym cieszyłam się, że zaraz tego samego dnia pozwolono mi pojechać do domu (moi bliscy byli tym bardzo zdziwieni).

Poród odbył się w marcu 2006, w Szpitalu Miejskim im. Warmińskiego w Bydgoszczy, ul. Szpitalna 19

 

sasakawa copy

sasakawa copy

http://www.rodzicpoludzku.pl/dokumenty/grafika/konfa_szczecin_na%20www.png

sasakawa copy

jeden procent

raporty red

raporty red

zorganizuj pokaz filmu zielony

baza porodowek

iconka zamow publikacje

kobiety mowia www

sasakawa copy

iconka lektury obowiazkowe