chcę otrzymywać wiadomości dla osób
profesjonalnie sprawujących opiekę nad kobietą w ciąży, podczas porodu i w połogu.





Partnerzy i sponsorzy:


Przegląd prasy

Polskie położnictwo jest w kryzysie. Rozmowa z Januszem Malinowskim, ordynatorem zawieszonym z powodu wystąpienia przed Ministrem Zembalą / Kulisy24

Pod koniec lipca naraził się dyrektorowi, krytykując przed ministrem Zembalą warunki panujące na jego oddziale. Następnego dnia został zawieszony. Mimo obietnicy premier Kopacz, że pomoże, nic się do dziś nie zmieniło. Jednak doktor Janusz Malinowski nie żałuje swojego wystąpienia.

Aktualizacja, 13.08.2015: Lekarz został przywrócony na stanowisko.

 

Jak się do Pana zwracać? Ordynatorze, czy nadal jeszcze nie?

JANUSZ MALINOWSKI: Współpracownicy tak do mnie mówią. I pewnie będą, bez względu na to, czy zostanę przywrócony na stanowisko, czy nie. Pracuję, chodzę do szpitala. Formalnie moje obowiązki przejął mój zastępca. I już jest przerażony, po kilku dniach. I myśli już, jak iść na emeryturę. Staram się mu pomóc. Nie mam żalu do dyrektora, że mnie zawiesił. Zrobił to ze względów prestiżowych.

A co z premier Kopacz? Zapowiadała interwencję.

Rozmawialiśmy. Była bardzo sympatyczna, widziałem, że chce mi pomóc. Tyle że niespecjalnie się to na coś zdało. To było takie spotkanie, na którym byli wszyscy ordynatorzy z Wrocławia, mój dyrektor, jeszcze kilka osób ze szpitala. Pani premier wysłuchała, co mówiłem, zrozumiała.  Wnosiła, żeby mnie przywrócono na stanowisko. Jak widać, nic z tego nie wynikło. Ale to bez znaczenia. Ważniejsze – obiecała, że zrobi wszystko, żeby ginekologia i położnictwo stały się priorytetowe, żeby więcej osób mogło przyjść na rezydentury. W tym roku groziło nam, że tych rezydentur w ogóle nie będzie.

Dlaczego?

Bo ci, którzy podejmują decyzje, myślą jeszcze starymi kategoriami. Kiedyś, w poprzednim systemie, kiedy aborcje były legalne, ginekologia była bardzo opłacalna. Można było na niej dobrze zarobić. Teraz nie ma jak, a odpowiedzialność spoczywająca na lekarzach jest bardzo duża. I nikt nie chce iść na ginekologię. Pani premier sama ma córkę ginekologa, więc musi znać realia. Musi zdawać sobie sprawę z tego, że polskie położnictwo jest w kryzysie.

Ciągle Pan to powtarza. Jest naprawdę aż tak źle?

Lekarze boją się odpowiedzialności. Boją się spraw sądowych. Boją się, że jeśli popełnią błąd, rzucą się na nich media. I odchodzą z zawodu. Ja miałem szczęście, że przez 13 lat mojej ordynatury nie mieliśmy żadnej takiej  głośnej sytuacji. Zdarzały się jakieś pomniejsze kryzysy, ale nic na tyle spektakularnego, żeby patrzyła na to cała Polska. Ten wielki nacisk mediów paraliżuje. W tej chwili w polskim położnictwie dzieje się to, co ponad dwadzieścia lat temu działo się w Stanach Zjednoczonych. Lekarze zaczęli uciekać z ginekologii, coraz mniej chciało robić tę specjalizację. Przez to stała się droga, specjaliści stali się drodzy, ubezpieczenie również. To samo teraz mamy u nas. Tylko od lutego z mojego zespołu odeszło osiem osób. Zostało dwanaście. I my w tę dwunastkę odbieramy ponad dwieście porodów miesięcznie. Mam 14 rezydentów. Siedmioro jest poza szpitalem, w związku z urlopami macierzyńskimi. Troje właśnie skończyło rezydencję i są tak przerażeni egzaminem, że nie wezmą żadnego dyżuru. Młodzi lekarze uciekają. Znają języki, są wyszkoleni, wykształceni, bez kompleksów. Wielu naszych ginekologów ląduje np. w Niemczech. Odeszło też dwóch specjalistów.

Dokąd?

Tam gdzie jest łatwiej. To efekt źle ułożonej hierarchii płac. Bo w szpitalach, które wykonują najcięższą robotę, przyjmują najtrudniejsze przypadki – jak nasz szpital – nie płacą lepiej. Wręcz przeciwnie. Szpitale prowincjonalne bardzo często są utrzymywane ze względów prestiżowych przez lokalne władze. I tam, żeby pozyskać specjalistów, płaci się więcej. Więc moi lekarze wolą pojechać do szpitala w  Miliczu czy  Świdnicy.

Odhaczyć swoje i mieć spokój?

Odbębnić dyżur, wziąć pieniądze, pojechać na urlop i nie napracować się. I ja nie mogę im tego zabronić. Mogę prosić, żeby wzięli dyżur. I oni biorą przyzwoitą liczbę, ale ani jednego więcej ponad to, co muszą.  Doszło do tego, że sam musiałem brać dyżury, z dnia na dzień, noc po nocy. Tak samo jest w innych szpitalach, poza uniwersyteckimi, bo tam pracuje się ze względu na prestiż i karierę. Ja mógłbym zatrzymać ludzi tylko pieniędzmi, a tych nie mam. To dramatycznie wpływa na atmosferę na oddziale. Na ginekologii w innym wrocławskim szpitalu dzieje się  podobnie.

A Pański oddział?

Pierwszy raz od kilkunastu lat zaczęliśmy się bilansować. Odkryłem, że aby to było możliwe, trzeba przyjąć taktykę japońską – dużego obrotu. W zeszłym roku obsłużyliśmy ponad 3 tys. porodów. Gdybyśmy mieli jeszcze jakieś 50, bylibyśmy na plusie. Ale ta moja koncepcja – robić dużo, też się nie wszystkim podoba. Ludzie nie chcą ciężko pracować.

Czyli co? Zamiast tego Pańskiego „obrotu” pacjentkami – szybkich przyjęć i wypisów – zleca się niepotrzebne badania już przyjętym, żeby dłużej trzymać je w szpitalu?

Tego nigdy nie robiliśmy. Ale można starannie grupować procedury. W Warszawie kobiety wychodzą do domu 24 godziny po porodzie. Jeśli dziecko ma żółtaczkę, wypożycza się ze szpitala lampy do naświetlania, a rejonowa położna przychodzi mierzyć poziom bilirubiny. A u nas jest asekurantyzm. Trzyma się pacjentki dotąd, aż poziom bilirubiny we krwi dziecka spadnie. Te dzieci nie są leczone intensywnie. Nie dostają kroplówek ani nic innego. Naświetlane są niebieskim światłem. Żarówkę można kupić w sklepie. Wszędzie na świecie kobiety wychodzą do domu prosto z porodówki. Nawet księżna Kate. U nas tego nie można zorganizować.

Do tego wszystkiego, na czas remontu zamknął się oddział położniczy w szpitalu na Brochowie.

No właśnie. Zwaliło się na nas wszystko. Dzisiaj na przykład wypisałem 9 pacjentek, a 12 kolejnych czekało na miejsce. I one leżą w jednym pokoju w prowizorycznych warunkach. Ludzie mają pretensje, wyżywają się na nas. My nie jesteśmy winni. Słyszę potem: „Mógł pan odesłać pacjentkę gdzieś indziej”. Nie jest to takie proste. Ja uważam, że lepiej ją przyjąć. Niech urodzi, nawet w prowizorycznych warunkach, ale pod opieką personelu, a nie gdzieś na przystanku czy w taksówce. To się też nie wszystkim podobało. Miałem tego dość. No i nadarzyło się to spotkanie z ministrem zdrowia.

Na które poszedł Pan z przypadku. Tak Pan przynajmniej mówił.

Poszedłem, bo chciałem. Ale byłem naiwny. Myślałem, że to będzie spotkanie, na którym podyskutują eksperci. O tym, jak jest, jak być powinno i co można zrobić. Tymczasem to był festiwal sukcesu.

A Pan wszedł i popsuł atmosferę.

Okazałem się głupi. Gdybym był cwany, powiedziałbym, że bardzo się cieszę z sukcesów naszej medycyny, a przy okazji chciałem zwrócić uwagę na to, że istnieje też problem położnictwa. I pewnie by to przeszło.

Zamiast tego, wyrwał się Pan do mikrofonu i zaczął krytykować.

Najpierw sprowokował mnie przedstawiciel marszałka województwa. Chwalił się, że obniżyliśmy śmiertelność okołoporodową na Dolnym Śląsku o 4 promile. Obniżyliśmy. Tylko „my”, a nie „on”. Ciężką, okropną pracą. Potem usłyszałem, że nie ma potrzeby tworzenia nowych miejsc na położnictwie, bo liczba porodów spada i będzie spadać. Niedawno budowaliśmy nowy szpital we Wrocławiu. I mógł tam powstać nowoczesny oddział położniczy. Ale uznano, że nie trzeba.

Jednocześnie ciągle alarmuje się, że dzietność spada, społeczeństwo się starzeje i że grozi nam kryzys demograficzny.

A nasze porodówki, jeśli by to porównać do hoteli – bo szpital to nic innego jak hotel świadczący wyjątkowe usługi – są takimi dwugwiazdkowymi motelami.

Ale z pokojami z łazienką?

Nie, łazienka jest wspólna, na korytarzu. A kobiety potrzebują czegoś innego. Jak przyszedłem na stanowisko ordynatora, to papier toaletowy pacjentka nosiła ze sobą. A wie pani, jak ciężko było zmusić personel, żeby pukał, jak wchodzi do pokoju?

Pracuję z kobietami 45 lat. Spędziłem wiele nocy z rodzącymi. Wiem, jak są dzielne, ile muszą wycierpieć. Męska połowa naszego społeczeństwa ma to gdzieś, nie rozumie problemu położnictwa. I to jest nie w porządku. Kobietom należą się godniejsze warunki.

Tylko tu znowu rozbijamy się o pieniądze.

W zeszłym roku, któryś już raz, byłem w Stanach Zjednoczonych, kilkadziesiąt kilometrów od Dallas. I widziałem tam dwa szpitale – jeden komunalny, drugi baptystów. Każdy z nich obsługuje połowę moich porodów, i każdy ma trzy razy więcej przestrzeni niż mój. Każda porodówka jest z łazienką, każdy pokój jest z łazienką. Jest poczekalnia, nie jak u nas – korytarz. Są eleganckie fotele, wykładzina dywanowa, kawa. A co my mamy? Frustracja pacjentów bierze się już z tych warunków na dzień dobry. Wchodzą i od razu czują się źle. I my, lekarze, też czujemy się źle.

Nazwał to Pan skandalem.

Może nie trzeba było. Ale ja uważam, że to jest skandal i że tak nie powinno w dzisiejszych czasach być. Jest to nie w porządku i jest to niegodne. I stąd moje wystąpienie na spotkaniu z ministrem. Doszedłem do wniosku, że skoro zebrało się takie grono, to trzeba walnąć, powiedzieć o problemach. Komu innemu, jeśli nie własnemu szefowi? Ale nie wiedziałem, że to wywoła taką burzę i że zostanie wykorzystane politycznie, że stanę się więźniem słowa. Usłyszałem nawet zarzuty, że jestem sabotażystą i że po to przyszedłem na to spotkanie, żeby je zniszczyć.

Za karę został Pan zawieszony w pełnieniu obowiązków. Przeczytałam gdzieś, że dyrektor pańskiego szpitala powiedział, iż „musi Pan odpocząć”. Odpoczywa Pan?

W zasadzie czuję ulgę. Spadła ze mnie ta cała odpowiedzialność, którą miałem na sobie przez ostatnie kilkanaście lat. Ordynator jest kozłem ofiarnym. Musi podejmować setki decyzji dziennie. Ciągle z nimi jest – w pracy, przy obiedzie z rodziną, śpi z nimi. A jak przydarza się wpadka, to ordynatora rzuca się na pożarcie. Teraz ta odpowiedzialność spoczęła na moim koledze. Ja mam taki półurlop. Przychodzę do pracy, robię wizytę na oddziale, wypisuję pacjentki ze szpitala i idę do domu.

Polscy ginekolodzy i położnicy w większości są bardzo dobrymi specjalistami. Owszem, popełniają błędy, ale błędy się zawsze zdarzają. Nie da się ich uniknąć. A w warunkach, w których funkcjonujemy my, ginekolodzy, zdarzają się częściej. Tylko to nie ordynatorzy, nie lekarze odpowiadają za te warunki, a decydenci na górze – ministerstwo i system służby zdrowia. Ale to ordynatorzy są stawiani pod pręgierzem. I stoją bezradni. Ja ich doskonale rozumiem. I rozumiem, dlaczego nie potrafią się wytłumaczyć.

Bo nie mają co powiedzieć? Bo musieliby wystąpić, jak Pan?

I boją się. Działają na zasadzie: ciszej będziesz, dalej dojdziesz.

Więc jesteśmy skazani na to, że nic się nie zmieni?

Patrząc, jak zostałem potraktowany, myślę, że droga do zmian jest bardzo daleka. Bo ja nic złego nie chciałem. Nikomu nie chciałem zrobić krzywdy, nikogo nie chciałem spostponować. Chciałem jedynie pokazać, że jest problem.

I oczekiwał Pan, że minister Zembala, lekarz, który sam pracował niemalże partyzancko w zespole prof. Religi, ten problem zrozumie?

Tak. Oczekiwałem, że zrozumie ten problem.

Powiedział Pan o nim: „Zirytował mnie ten człowiek”. Bo nie rozumie służby zdrowia?

On jest dobrym kardiochirurgiem.  Ale chyba nie wie, co to jest poród i ile cierpienia znoszą kobiety.

Taki jest chyba ogólnie klimat resortu zdrowia. Kilka dni temu zastępca ministra Zembali, wiceminister Cieślukowski, wyraził swoje zdanie o znieczuleniach dla rodzących. Cytuję: „Nie może być to czynność wykonywana na zamówienie”. I dodał, że w pewnych sytuacjach może to być niezbędne, ale nie powinno być powszechne.

Nie może być tak, że decyzję o znieczuleniu ma podejmować lekarz, że odbiera się rodzącej możliwość wyboru. Dlaczego nie pozwala się jej zdecydować samej, czy jest w stanie wytrzymać ból, czy nie? Czy ma rodzić naturalnie, czy przez cesarskie cięcie? Ma wolną wolę. I powinna mieć prawo wyboru. Dlaczego chce się je odbierać?

Żeby rodząca nie podejmowała złych decyzji, powodowana np. strachem?

Tylko, że pacjentka i tak się boi. I powodowana tym strachem przychodzi ze skierowaniem do cesarki, które jest naciągane. I wie o tym i sama pacjentka, i lekarz, który to skierowanie wystawia, i ginekolog, który je przyjmuje. I wszyscy udają, że wszystko jest w porządku. Tak jest codziennie. W zeszłym roku wykonaliśmy 1,2 tys. cięć cesarskich. Codziennie od trzech do pięciu. Za dużo. Z powodów, o których wspominałem. To się nie opłaca nikomu. Ani lekarzom, ani szpitalowi, ani NFZ-owi, ani państwu. A przede wszystkim – pacjentce. Ale to się dzieje.  Tak nie powinno być.

Sądzi Pan, że w lepszych warunkach byłoby mniej cesarek?

W przyzwoitych, na pewno. Samo wnętrze zmusza człowieka do określonego zachowania. Pacjentki najczęściej proszą o cesarkę, bo po prostu się boją. I ta porodówka, taka jaka jest, im nie pomaga. Ja czasem bawię się w misję i próbuję tłumaczyć, że cesarka nie jest najlepszym wyjściem, bo każde kolejne cięcie to ryzyko powikłań. I że nie wiadomo, co będzie w przyszłości. Czy będzie miała raka szyjki macicy, jajnika, czy tę macicę trzeba będzie wyciąć. Będą zrosty, będzie łatwiej o uraz pęcherza, jelita, itp.  O tym się nie mówi. Ja mówię, za co też często obrywam i czytam hejt w internecie. Bo mogę mówić, że cesarka jest niepotrzebna, że nie ma przeciwwskazań do naturalnego porodu, przekonywać. Ale pacjentka pójdzie wtedy do innego lekarza po to skierowanie, o którym już wspominałem. I ja wiem, że to jest humbug, bzdura, ale nic z tym nie mogę zrobić. Na zachodzie skierowania do cięć cesarskich ze wskazań okulistycznych stanowią poniżej 1 proc. U nas to 10 proc. O czym to świadczy? Że się tego nadużywa.

Wracając do znieczuleń. W lipcu weszły nowe przepisy odnośnie ich stosowania. Sądzi Pan, że coś zmienią?

Nie, chociaż wprowadzenie tych regulacji samo w sobie jest dobre. Ale tu znowu potrzeba pieniędzy. Bo trzeba zatrudnić anestezjologów. W Anglii jest stowarzyszenie anestezjologów położniczych, którzy zajmują się tylko tym. Ja nie mam anestezjologa przydzielonego na stałe. Jak ma czas – przyjdzie. Jak jest na dyżurze – już nie zawsze. Żebym mógł znieczulać, musiałbym mieć możliwości, których nie mam.

Ginekologia w Polsce jest niedofinansowana?

Bardzo. Kolejny problem to miejsca i pracownie. Kiedyś mieliśmy do dyspozycji dwa i pół piętra, teraz mieścimy się na jednym, a wykonujemy tę samą robotę. W Polsce wybudowano 120 pracowni do koronarografii. Można by je wykorzystywać też w położnictwie. Robią to tylko nieliczne szpitale – szpital w Lublinie i chyba mój. I to tylko dlatego, że przypadkiem trafiłem na pracę z Harvard Medical School o wykorzystywaniu technik śródnaczyniowych do zapobiegania krwotokom przy porodach. Spróbowaliśmy tej techniki na pacjentce z przodującym łożyskiem. I robimy to teraz stale, nagminnie. To jest doskonała technika. To jest doskonałe działanie profilaktyczne.

To dlaczego pozostałe 118 pracowni się marnuje? Dlaczego tego typu zabiegi nie są rutynowe?

Bo my, jako szpital, na tym tracimy. Każdy taki zabieg idzie w nasze długi, bo nie jest refundowany przez NFZ. Byłby, gdyby rozliczała go chirurgia naczyniowa, ale ginekologia nie ma jak. Musiałbym mieć taką pracownię u siebie. Musiałbym zatrudnić radiologa zabiegowego i tak dalej. Nie rozumiem tego. I tym bardziej uważam, że szpital, który buduje się właśnie we Wrocławiu, powinien mieć oddział położniczy z prawdziwego zdarzenia, żeby można było tam robić takie zabiegi. Gdzie byłby neurochirurg, który uratowałby pacjentkę z udarem, gdzie byłby interdyscyplinarny zespół specjalistów. A on nie ma ginekologii wcale.

W Polsce bardzo mało kobiet umiera przy porodach. Najczęściej przyczyną jest zator tętniczy albo ciężki krwotok. Gdyby na każdym oddziale były te pracownie, powikłań byłoby jeszcze mniej. Kiedyś wycinaliśmy dwie, trzy macice rocznie. Dzisiaj nie wycinamy wcale, albo jedną, jeśli embolizacja się nie uda.

I przynosi Pan tymi swoimi eksperymentalnymi zabiegami straty szpitalowi.

Tak przynoszę! Uratowaliśmy wiele kobiet. Embolizujemy też w przypadku raka szyjki macicy. W bardzo zaawansowanym stadium nie można zrobić już nic. Narządy wewnętrzne są bardzo zniszczone przez nowotwór, praktycznie w rozpadzie. I jeśli dojdzie do pęknięcia naczynia, to pacjentka się wykrwawia na śmierć. Jedynym sposobem na przedłużanie jej życia jest embolizacja tych naczyń. Zdarzają się cudowne przypadki. Raz przywieziono pacjentkę w zaawansowanym stadium raka, która miała 2,5 grama hemoglobiny, umierała. Wydawało mi się, że jest bez szans. Koleżanka, która miała dyżur, zrobiła jej embolizację, transfuzję. Przychodzę rano po dyżurze, pewny, że pacjentka nie żyje. A ona siedzi na sali i je śniadanie. I to są takie właśnie spektakularne przykłady.

Ale się o nich nie mówi.

Bo dotyczy to zwykłych ludzi.

Jak to zmienić?

Nie wiem. Nie mam pojęcia. Za szkolenie rezydentów szpital nie dostaje żadnych pieniędzy. Sami rezydenci dostają, ale bardzo małe. Więc jak tylko lizną trochę ginekologii, żeby zarobić na utrzymanie, idą do prywatnych przychodni, w których mają dużo wyższe stawki niż w szpitalu. I niech pani ściągnie stamtąd kogoś na dyżur. Nie ma jak. Ale też ja nie mogę mieć do nich o to pretensji. I czasem biorę te dyżury sam.

To może też powinien Pan rzucić to wszystko i zarabiać na prywatnej praktyce?

Żeby się z niej utrzymać, musiałbym być takim fajnym facetem, który wszystko na życzenie pacjentce załatwi, cokolwiek ona chce, bez względu na to, czy służy to jej zdrowiu, czy nie. Tylko wtedy to nie jest medycyna, a gang. Ja się do tego nie nadaję. Pewnie mógłbym sobie dorobić do tej swojej emerytury w jakiejś przychodni. Ale mi szkoda szpitala. Dopóki jestem zdrowy, dopóki pacjentki korzystają z mojego doświadczenia, chcę robić to, co robię. W poniedziałek była u mnie pacjentka, której ojca odbierałem. A teraz jemu rodzi się wnuk. Czyli obsługuję już trzecie pokolenie w tej rodzinie. Jestem podpisany pod dziesiątkami tysięcy porodów w tym mieście. Dlatego te wszystkie emocje wokół mojej wypowiedzi są dla mnie takie odległe i trudne do zrozumienia.

A nie chciałby Pan zacząć działać jako polityk? W ten sposób próbować zmieniać system?

Po tym moim wystąpieniu nawet miałem telefony z propozycjami kandydowania na senatora, ale nie traktuję ich poważnie. Gdyby miała pani czarodziejską różdżkę i chciała mianować mnie ministrem zdrowia, nie podjąłbym się. Bo tu gdzie się nie obrócić, jest problem. Anestezjolodzy, to jedno. Ale brakuje też pielęgniarek. Pracują za ciężko, za zbyt niskie pensje. Brakuje położnych. U nas w szpitalu to akurat zostało bardzo mądrze rozwiązane, bo powstała fundacja, dzięki której pacjentki mogą wynajmować położne indywidualnie. Ale to nie jest rozwiązanie systemowe. A powinno być. Pieniądze idą na różne inne rzeczy. Mamy wspaniałe galerie handlowe, wspaniałe stadiony, autostrady. Kobiety często przyjeżdżają do szpitala właśnie tymi autostradami, luksusowymi samochodami. I muszą rodzić w hotelu o standardzie, który nie spełnia ich oczekiwań, którego się wstydzę. To wszystko jest bardzo niedemokratyczne. Medycyna jest bardzo niedemokratyczna.

Bo ci, którzy mają już stanowiska, skupiają się na ich pilnowaniu, a minister na tym, żeby być jedynką na liście w wyborach parlamentarnych?

To wszystko jest niepoważne. Ja jeszcze powiedziałem w tym moim wystąpieniu, że kobiety stanowią 50 proc. elektoratu. To chyba właśnie pana  ministra oburzyło najbardziej. Ale to jest fakt.

Skutek jest taki, że Pan sobie nagrabił. Myśli Pan dzisiaj: „Po co mi to było”?

Nie. Myślę, że powinienem był to zrobić sprytniej. Że teraz byłbym mądrzejszy. Ale ja już jestem starszy pan. Dzisiaj jestem, jutro może mnie nie być. Przynajmniej coś po mnie zostanie. Trzeba coś zmienić. Wszędzie o tym mówię, wszędzie się narażam. Dzisiaj trzeba zapewnić kobietom więcej komfortu. Po to, żeby wiedziały, że jak pójdą rodzić, spotkają się z godnym przyjęciem i godnymi warunkami. I to trzeba zrobić. Taka jest rola państwa. I ja nie wiem, dlaczego się tego nie rozumie i dlaczego się mnie hejtuje w internecie, że nagle sobie przypomniałem i robię sobie lans. Mam gdzieś ten lans. Nie o to mi chodzi. Ja wszystko w życiu zawdzięczam kobietom i dlatego jestem im coś winien. Tyle.

Autorka: Izabela Smolińska

Źródło: Kulisy24 (klik)

Reportaż ws zawieszenia ordynatora wrocławskiego szpitala przy ul. Kamieńskiego / tvn24

Wojna o położnictwo we Wrocławiu. Minister zawiesza ordynatora za publiczną krytykę?
Pacjentki rodzą w skandalicznych warunkach – oddział położniczy wygląda jakby trwała wojna. Ordynator z Wrocławia na spotkaniu z ministrem zdrowia nie wytrzymał i ostro wypalił. A w poniedziałek został zawieszony. Pytanie, czy miał rację. Spróbuje to sprawdzić sama premier Kopacz.

Tu reportaż do obejrzenia

Znieczulenia przy porodzie z poślizgiem / Gazeta Wyborcza

 Od 1 lipca NFZ płaci dodatkowo za znieczulenie do naturalnego porodu. Ale w części szpitali jest z tym problem - informuje "Gazeta Wyborcza". Powodem jest m.in. brak anestezjologów.

- Codziennie mamy telefony od matek, które prosiły o znieczulenie i go nie otrzymały – mówi Daria Omulecka z Fundacji Rodzić po Ludzku. I krytykuje resort zdrowia oraz NFZ.

- Po latach starań jest wreszcie przepis, ale nikt z urzędników nie interesuje się tym, czy jest stosowany w praktyce - wskazuje.

czytaj więcej...

Zmiany w służbie zdrowia: Ciężarne bez kolejki. Poród ze znieczuleniem / Gazeta Prawna

Od lipca można rodzić na życzenie bez bólu. NFZ zapłaci za to szpitalowi dodatkowe 400 zł. I to bez limitów

Batalia o znieczulenia trwała od kilku lat. Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz obiecał je kobietom w roku 2012, obejmując funkcję szefa resortu. Dyrektorzy szpitali przekonywali, że chętnie będą w taki sposób łagodzić ból. Dodawali również, że jest jedno „ale” – pieniądze. Teraz otrzymają dodatkowe finansowanie.

Wzrośnie ono aż o ponad jedną piątą: z 1,8 tys. zł (tyle NFZ płaci za poród) do 2,2 tys. zł, jeżeli akurat będzie potrzeba podania zastrzyku zewnątrzoponowego do znieczulenia. Za cesarskie cięcie szpital otrzyma nadal tylko 1,8 tys. zł.

– To ważna zmiana. Kobiecie wystarczy samo poczucie, że znieczulenie jest dostępne. Nawet jeżeli z tej opcji nie skorzysta – komentuje Daria Omulecka z Fundacji Rodzić po Ludzku. Dodaje, że istotne jest, by lekarze i położne rzetelnie informowali o konsekwencjach podania znieczulenia.

Zdaniem prof. Stanisława Radowickiego, konsultanta w dziedzinie położnictwa i ginekologii, zwiększenie komfortu porodu naturalnego może mieć wpływ na zmniejszenie odsetka cesarskich cięć. Z ostatnich danych wynika, że taka forma porodu jest stosowana u ponad 38 proc. rodzących. – To zdecydowanie za dużo – podkreśla prof. Radowicki.

Czytaj więcej...

"Z bezpłatnym znieczuleniem może być różnie", mówi Joanna Pietrusiewicz / Interia.pl

Szpitale otrzymają więcej pieniędzy za porody siłami natury, ale muszą zatrudnić więcej anestezjologów. Pieniądze na to się znajdą, ale nie wiem, czy tak szybko uda się znaleźć dobrych specjalistów, bo wielu lekarzy tej specjalizacji wyjechało z kraju – mówi Joanna Pietrusiewicz, Prezes Zarządu Fundacji Rodzić po Ludzku.

Katarzyna Pruszkowska: W mediach pojawiły się informacje o tym, że od początku lipca w polskich szpitalach można rodzić bez bólu, bo znieczulenie przysługuje każdej pacjentce. W sieci od razu pojawiły się komentarze "ale ja rodziłam w 2012, miałam znieczulenie i to za darmo".

Joanna Pietrusiewicz: - Rzeczywiście, w niektórych szpitalach taka możliwość  istniała już wcześniej.  Znieczulenie zewnątrzoponowe oferowały niektóre szpitale, było to jednak duże obciążenie dla budżetu szpitala, ponieważ refundacja takiego porodu nie pokrywała wszystkich kosztów z nim związanych. Część szpitali traktowała to  jak zabieg PR, by przyciągnąć do siebie pacjentki. Nie było to powszechne rozwiązanie.

Czy nowa ustawa gwarantuje bezpłatne znieczulenie?

- Teoretycznie tak. Ale w praktyce może być z tym różnie. Szpitale otrzymają więcej pieniędzy za porody siłami natury (2200 zł, czyli o 400 zł więcej niż dotychczas - przyp. red.), ale muszą zatrudnić więcej anestezjologów. Pieniądze na to się znajdą, ale nie wiem, czy tak szybko uda się znaleźć dobrych specjalistów, bo wielu lekarzy tej specjalizacji wyjechało z kraju.

Czytaj więcej...

"Tak się robi biznes na pacjentach w szpitalu wojewódzkim – płacą, nie wiedząc za co"

Dezinformacja, chaos w komunikacji i co najmniej wątpliwa wysokość opłat za poród rodzinny. Do tego podejrzenie, że nie wszyscy pacjenci traktowani są równo – jedni płacić muszą, inni niekoniecznie. Wojewódzki Szpital Zespolony im. Jędrzeja Śniadeckiego („Śniadecja”) w Białymstoku znalazł sposób, jak dorabiać na pacjentach. Na pewno wszystko jest zgodne z prawem?

75 zł kosztuje tutaj poród rodzinny, a dokładniej – doba obecności męża czy partnera przy rodzącej kobiecie na sali porodowej. Cena zastanawia, bo – zdaniem ekspertów – jest zawyżona, ale taką stawkę ustalił dyrektor placówki w 2013 r.

– Zdecydowałyśmy, że jeśli kwota przekracza 50 zł, to interweniujemy. Naprawdę, obuwie czy fartuch ochronny tyle nie kosztują. W wielu szpitalach te opłaty są minimalne albo w ogóle ich nie ma, więc da się. Wyższe stanowią naruszenie praw pacjenta i są bezprawne, nie odzwierciedlają kosztów, jakie ponosi szpital i mają de facto komercyjny charakter – komentuje Małgorzata Darmas, prawniczka z Fundacji Rodzić po Ludzku.

Dodaje przy tym, że jakiekolwiek należności – i to jedynie z tytułu kosztów dodatkowej opieki pielęgnacyjnej nad pacjentką – mogą być pobierane przez szpital jako rekompensata ewentualnych nakładów na realizację tego prawa. Ale stawki, które w myśl przepisów ustawy podlegają rekompensacie, nie mogą być dowolne. Oznacza to, iż powinny realnie odpowiadać faktycznemu nakładowi pieniężnemu podmiotu leczniczego, związanemu z obecnością wskazanej przez pacjentkę osoby.

Sprawdziliśmy, jak wygląda sytuacja w innych szpitalach. Z informacji, jakie przekazują one Fundacji, a następnie publikowane są na portalu gdzierodzic.info, wynika, że dziesiątki z nich nie pobiera żadnej opłaty. Np. Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Legnicy ustalił ją na 30 zł, ale uiszcza się ją dobrowolnie. Inny przykład: Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu. Tutaj nie żąda się żadnych pieniędzy. Podobnie jak w szpitalu w Przasnyszu w województwie mazowieckim, Bielsku Podlaskim, Hajnówce, Mońkach itd. Trudno więc zgodzić się z tak wysoką wartością w Białymstoku, gdzie zarobki mieszkańców należą do najniższych. Czytaj więcej...

''Kobiece mleko jest dla dziecka najlepsze. Ale każda matka powinna mieć prawo wyboru, który inni muszą uszanować'' [FAKTY I MITY O KARMIENIU PIERSIĄ] w artykule Anety Bańkowskiej w weekendowej odsłonie www.gazeta.pl

"Karmienie piersią to najlepsze, co możesz dać swojemu dziecku" - przekonują matki na forach internetowych. Choć badania potwierdzają, że kobiece mleko to najlepszy pokarm dla dziecka, jego zwolenniczki są często oskarżane o propagowanie "laktacyjnego terroru". Są również matki, które bardzo chciałyby karmić piersią, ale trudności i brak wsparcia niejednokrotnie zmuszają je do zmiany decyzji. W kolejnej części naszego cyklu o porodach, macierzyństwie i tacierzyństwie przyglądamy się tematowi laktacji.

Po latach niełaski karmienie piersią znów zyskuje na popularności. Badania naukowe jednoznacznie potwierdzają, że kobiece mleko jest unikatowe i najlepsze dla dziecka: zawiera wszystkie potrzebne składniki odżywcze w odpowiednich proporcjach oraz liczne enzymy, hormony, komórki macierzyste i komórki immunologiczne, które naturalnie wspomagają odporność. Pełna lista składników kobiecego pokarmu nadal nie jest znana i ciągle się wydłuża.

Specjaliści zwracają też uwagę na korzyści, jakie niesie za sobą karmienie piersią. Mleko mamy pomaga chronić dziecko przed wieloma chorobami, bo zawiera przeciwciała wspomagające odporność, zmniejsza również ryzyko krwawień poporodowych u karmiącej i sprzyja tworzeniu się więzi. Mimo to wiele mam nie ma pewności, czy decydując się na nie, na pewno wybiera to, co najlepsze dla ich dziecka. Producenci mleka modyfikowanego zapewniają, że ich mieszanki dorównują pokarmowi matki i są równie - o ile nawet nie bardziej - wartościowe.

Niektóre kobiety czują na sobie presję, bo ich decyzja o karmieniu mlekiem modyfikowanym - bez względu na to, co leżało u jej podłoża - nie została uszanowana. To one często skarżą się na „terror laktacyjny” i tylko pozorną możliwość wyboru. Jest jeszcze ostatnia grupa, być może najliczniejsza z nich wszystkich: mamy, które chciałyby karmić piersią, ale z różnych przyczyn sprawia im to duże trudności. Czytaj więcej...

"Wszystkie boimy się porodu. Pytanie brzmi, czy system ten lęk nasila czy oswaja"- Piotr Pacewicz rozmawia z Anną Otffinowską i Joanną Pietrusiewicz z Fundacji Rodzić po Ludzku na łamach Wysokich Obcasów.

Piotr Pacewicz: Co się dzieje z tymi cesarkami? Jakaś epidemia?

Anna Otffinowska, była prezeska i współzałożycielka Fundacji Rodzić po Ludzku: Właśnie wyprzedziliśmy USA - w 2014 roku ponad 40 proc. polskich ciąż skończyło się cięciem! Coraz bliżej nam do Ameryki Łacińskiej, gdzie kobiety mają obsesję pięknego ciała. W Brazylii odsetek cięć sięga 80 proc.

Już nie działa czar "rodzić po ludzku"? Może jesteśmy jakimiś dinozaurzycami naturalnego porodu, a młode Polki po prostu nie chcą, żeby bolało?

Joanna Pietrusiewicz, prezeska Fundacji Rodzić po Ludzku: To, jak przychodzimy na świat, ma znaczenie. Dzieci wyciągane z brzucha częściej cierpią na otyłość, cukrzycę czy celiakię.

Anna: Dziecko po cesarce nie zostaje skolonizowane bakteriami matki.

Jak to się stało, że w niektórych placówkach poród zamienił się w niezły biznes?

Joanna: Poród naturalny odbywa się, gdy nadchodzi właściwy czas. Moment cięcia wybrany zostaje arbitralnie, dlatego m.in. dzieci mają niedojrzałe płuca, co sprzyja astmie. Czytaj więcej...

Współczesny poród otacza atmosfera lęku. Obawa przed bólem to nie wszystko.

Współczesny poród otacza atmosfera lęku. Obawa przed bólem to nie wszystko.

Coraz więcej kobiet boi się porodu. Pierwsze skojarzenia, jakie mają: ból, strach, "koniec świata". Swoje obawy z przyszłymi matkami dzieli także personel medyczny. - Mnóstwo rzeczy robi się z lęku przed oskarżeniem o niedopatrzenie - mówią pracownicy służby zdrowia. W kolejnej części naszego cyklu o porodach, macierzyństwie i tacierzyństwie zastanawiamy się, dlaczego współczesnemu porodowi towarzyszy tak zła atmosfera.

Najpierw jest zaskoczenie: wody płodowe odchodzą w najmniej spodziewanym momencie - na ulicy, podczas zakupów czy w domu, gdy kobieta nie jest do tego w żaden sposób przygotowana. Potem panika, nerwowa jazda taksówką do szpitala, chaos na izbie przyjęć. I wreszcie sam poród: rodząca nie krzyczy, tylko przeraźliwie wrzeszczy, a za towarzystwo służy jej nie mniej rozemocjonowany personel, autorytarnie wydający tylko jedno polecenie: „PRZYYYJ!!!”.

Jeśli na sali jest ojciec dziecka, zapewne właśnie w tym momencie kobieta straci nad sobą kontrolę i zacznie go obrażać; jeżeli nie, dostanie się personelowi. Choć ten opis nie ma najczęściej wiele wspólnego z rzeczywistością, pasuje do większości telewizyjnych i filmowych scen rozwiązania.

Nie lepszy obraz porodu wyłania się z mediów. Sam temat narodzin pojawia się w nich rzadko, w dodatku raczej w kontekście towarzyszących im nieprawidłowości niż wzruszającego, rodzinnego wydarzenia. „Śmierć przy porodzie. Lekarz nie przyznaje się do winy”, „Tragiczny poród w Zabrzu. Martwy płód, kobieta w ciężkim stanie”, „Groźny chwyt zniknie z porodówek? Ministerstwo Zdrowia interweniuje” - to tylko kilka tytułów prasowych z ostatnich miesięcy. Trzeba przyznać, że działają na wyobraźnię dużo bardziej niż statystyki, z których wynika, że nieprawidłowości związane z porodem dotyczą 6 procent ciąż. Wskaźnik umieralności okołoporodowej jest jeszcze niższy: w Polsce wynosi jedynie 6 promili. Czytaj więcej...

Lekarze się boją. Często wolą zrobić cesarkę, nawet jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne [FAKTY I MITY O CESARSKIM CIĘCIU]

Lekarze się boją. Często wolą zrobić cesarkę, nawet jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne [FAKTY I MITY O CESARSKIM CIĘCIU].

W Polsce cesarskim cięciem kończy się już niemal 40 proc. ciąż. Na te dane wpływa wiele czynników, nie tylko tych medycznych. Rosnący odsetek cesarek "na życzenie" to często efekt mitów, które nagromadziły się wokół operacji - że to prosty i lepszy dla dziecka zabieg, który chroni przed bólem i powikłaniami typowymi dla porodu fizjologicznego. O tym, jak jest naprawdę, rozmawiamy z ekspertami: dyrektorem Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie i konsultantem woj. świętokrzyskiego w zakresie położnictwa i ginekologii.

Liczba ciąż kończących się cesarskim cięciem rośnie systematycznie od końca lat 90. Według informacji zbieranych przez Instytut Matki i Dziecka w Warszawie, w 1999 roku w wyniku cesarki urodziło się 18,1 proc. dzieci; dwa lata temu odsetek ten wynosił już 39,8 proc. Dlaczego? Lekarze jednym tchem wymieniają głównie przyczyny medyczne: coraz więcej kobiet rodzi dzieci już po uprzednio wykonanym zabiegu cesarskiego cięcia (według zaleceń kobieta powinna wyrazić zgodę, jeśli chce urodzić kolejne dziecko drogami natury), rośnie też odsetek ciąż wysokiego ryzyka.

- Dzięki rozwojowi medycyny na świat przychodzą dzieci, które jeszcze kilka lat temu nie miałyby szans na przeżycie, i one też najczęściej rodzą się na drodze cięcia cesarskiego. Nie można również zapomnieć o rosnącej liczbie ciąż będących wynikiem zapłodnienia in vitro, które są bardzo często traktowane właśnie jako ciąże podwyższonego ryzyka i kończą się porodem na drodze operacyjnej - tłumaczy konsultant woj. świętokrzyskiego w zakresie ginekologii i położnictwa dr hab. Wojciech Rokita. Czytaj więcej...

"Powinna mieć siłę konia i wrażliwość anioła" - na łamach weekendowego wydania gazeta.pl przeczytacie o naszym raporcie i dialogu z położnymi.

Powinna mieć ''siłę konia i wrażliwość anioła''. Dla rodzących położna jest najważniejsza, niestety jej praca nie jest doceniana.
Położna z 20-letnim stażem: Trudno mi się pracuje z pacjentką, która chce, żebym ''urodziła za nią''.

Najbardziej pamiętam porody, po których rodzice cieszą się euforycznie, trzymając dziecko w ramionach. Te endorfiny spływają wówczas i na mnie, pomimo wielu lat pracy nadal potrafię się wtedy wzruszyć - mówi Magdalena Witkiewicz, położna z 20-letnim stażem. Ale nie wszystkie wspomnienia z porodu są tak dobre. Na pytanie, dlaczego tak się dzieje i co trzeba zmienić - odpowiada najnowszy raport Fundacji Rodzić po Ludzku.

Kobiety w ciąży zazwyczaj chcą, by narodziny ich dziecka były czymś wyjątkowym. Zderzenie ze szpitalną rzeczywistością bywa brutalne. Jak prosiłam o cokolwiek zmniejszającego ból, usłyszałam, że to nie Warszawa; reakcją na mój plan porodu było szyderstwo Pan ordynator stwierdził, że sobie go oprawi w ramki; lekarz - totalny cham, który swoją pracę chyba wykonuje za karę. Ciągle słyszałam od niego, że chyba nie chcę tego dziecka, że mi nie zależy itp. - to niektóre ze wspomnień rodzących. Po ich lekturze nie powinno dziwić, że jednym z pytań zadawanych najczęściej przez przyszłe matki jest pytanie: „gdzie rodzić?”.

By wyjść naprzeciw oczekiwaniom przyszłych rodziców, Fundacja Rodzić po Ludzku stworzyła portal www.GdzieRodzic.info. Na stronie znajdują się m.in. wyszukiwarka placówek położniczych, oferta danego szpitala oraz statystyki dotyczące liczby urodzeń, cesarskich cięć czy znieczuleń. Poza informacjami uzyskanymi od placówek na stronie nie zabrakło najważniejszego - komentarzy weryfikujących oficjalne dane. Ocenę szpitali wystawiają te kobiety, które poród mają już za sobą. Czytaj więcej...

Nasza prezeska i przewodniczący rady Fundacji piszą o tym, jak traktowane są w szpitalach kobiety doświadczające straty.


Po ludzku rodzić śmierć

Joanna Pietrusiewicz, Piotr Pacewicz 2015-03-03

W Polsce codziennie rodzi około tysiąca kobiet. Umieralność okołoporodowa sięga 6 promili. To prawie niewidoczne w statystykach, ale oznacza, że średnio sześć kobiet dziennie - dwa tysiące dwieście rocznie - przeżywa gehennę.

Chcemy spojrzeć z innej perspektywy. Pytanie brzmi: czy pani Ewa (i jej mąż) zostali potraktowani jak ludzie? Bo wbrew podejściu czysto medycznemu zasady "rodzić po ludzku" powinny obowiązywać także w takiej sytuacji, a nawet - zwłaszcza w takiej sytuacji. To się przekłada na konkrety. Czy lekarze przekazali im wszystkie informacje, wszystkie możliwości do wyboru? Czy zadali proste pytanie: jak w takiej sytuacji chciałaby pani urodzić? Mogli przekonywać, że poród naturalny jest wskazany, jednak czy zapytali panią Ewę, czy ma na to siłę.

Wiemy, że wielu lekarzy, nawet "postępowych", uzna takie oczekiwania za jakieś pięknoduchostwo, które może zagrozić "bezpieczeństwu porodu", i za naruszenie rzekomo oczywistego podziału ról, zgodnie z którym to lekarz (ekspert) wie, co trzeba zrobić "pacjentce". Rzecz w tym, że poród nie jest taką sytuacją. Zdanie pani Ewy, jej odczucia liczyły się bardziej niż stan pacjenta, któremu trzeba złożyć złamaną kość albo usunąć guz.

Bo poród to jest nie zabieg wykonywany przez lekarza, ale zadanie, które ma do wykonania kobieta. A poród martwego dziecka to nadludzki wysiłek.

Czytaj cały artykuł

po ludzku rodzic smierc

Rynek Zdrowia pisze o tym, w jaki sposób i z jakim skutkiem pozyskujemy od szpitali informacje.

Tajemnice porodówek: szpitale nie udostępniają informacji.

Fundacja Rodzić po Ludzku wysłała do wojewódzkich sądów administracyjnych skargi na 42 szpitale, które odmówiły udzielenia informacji publicznej na temat funkcjonowania oddziałów położniczo-ginekologicznych i noworodkowych.

Fundacji chodziło o zaktualizowanie danych, które publikuje w portalu GdzieRodzic.info po to, żeby kobiety dysponowały wiarygodnymi i porównywalnymi informacji o procedurach i statystykach szpitalnych. Baza danych powadzona jest od 3 lat. Ułatwia kobietom świadomy wybór szpitala, w którym chcą rodzić.

Spośród wszystkich działających w Polsce 400 oddziałów położniczo-ginekologicznych i neonatologicznych, 191 odpowiedziało na wniosek dopiero po ponagleniu i groźbie rozprawy sądowej, 42 w ogóle nie udzieliło odpowiedzi.

Czytaj cały artykuł

 

rynek zdrowia print

Na łamach www.interia.pl mówimy o Standardach Opieki Okołoporodowej

"W Polsce mamy dobre i nowoczesne prawo wyznaczające standardy opieki okołoporodowej. Zgodnie z nim Polki powinny rodzić komfortowo, w poczuciu bezpieczeństwa i pod życzliwą opieką lekarzy. Jednak ze świadectw wielu matek wynika, że to prawo funkcjonuje jedynie na papierze."

Cały artykuł przeczytasz tu

Czy w Polsce rodzi sie po ludzku? Rozmowa z Darią Omulecką na portalu www.dziecisawazne.pl

"Kilka edycji Akcji Rodzić po Ludzku rozpoczęło falę zmian, o których mówiłam na początku. Jesteśmy teraz w fazie przejścia – część szpitali bardzo się zmienia, personel medyczny się szkoli, śledzi najnowsze badania naukowe. Obserwujemy też coraz większą otwartość na współpracę z nami, co oznacza, że dla ordynatorów w centrum zainteresowania jest kobieta. Istnieje jednak duża grupa szpitali, w których nadal króluje betonowe położnictwo, a pacjentki mają bardzo niski poziom satysfakcji z porodu, często są straumatyzowane, przez wiele miesięcy, a nawet lat nie umieją sobie poradzić ze skrajnie negatywnym doświadczeniem."

Tu przeczytacie cały wywiad

Piotr Pacewicz pisze "Jak "Rodzić po ludzku" zmieniło polskie porodówki".

"Wezwaliśmy do buntu: „Najwyższy czas, by opinia publiczna wywarła presję na służbę zdrowia. Bo wiele szpitali wciąż przypomina fabryki dzieci, a poród jest źródłem upokorzenia". Zapowiedzieliśmy „Przewodnik po szpitalach położniczych": „Będzie opierać się na listach czytelniczek, które opiszą swoje porody ". I dodaliśmy dla zachęty: „Rozlosujemy 20 nagród po 5 mln zł" (taka to była waluta).
Odzew był niebywały. Tysiące czytelniczek w listach, a potem dziesiątki tysięcy w ankietach, odmalowało horror szpitali, gdzie dokładano im cierpień, zamiast pomóc. Bo poród, najwznioślejsza bodaj chwila w życiu, przypominał wtedy rytuały więzienne: oderwanie od bliskich, ośmieszające stroje, przywiązywanie do łóżka, zabieranie dziecka, pokrzykiwanie, poniżanie… Kto to pamięta?"

Tu przeczytacie cały tekst Piotra Pacewicza

Kasia Oleś na łamach Magazynu Pielęgniarki i Położnej pisze, co to znaczy "dobry poród".

W najnowszym numerze Magazynu Pielęgniarki i Położnej Kasia Oleś, prezeska Stowarzyszenia Dobrze Urodzeni pisze:

"Na prowadzonym przeze mnie forum "Dobry poród" zadałam pytanie o to, co matki zmieniłyby w polskim połoznictwie. Oczywiście znalazły się tam odpowiedzi dotyczące dostepności znieczulenia czy cięcia cesarskiego na życzenie, jednak zdecydowanie dominują wątki związane ze sposobem traktowania kobiet przez personel medyczny (zarówno połoznych, jak i lekarzy), z brakiem partnerstwa, z potrzebą uzyskiwania rzetelnych informacji, słuchania czy wreszcie zwykłej ludzkiej życzliwości.

Czytaj więcej: Kasia Oleś na łamach Magazynu Pielęgniarki i Położnej pisze, co to znaczy "dobry poród".

Artykuł w weekendowym wydaniu Rzeczpospolitej "Doula, czyli pomoc przy porodzie"

Cieszymy się, że coraz częściej w mediach ogólnopolskich pojawiają się artykuły o doulach. Cieszymy się jeszcze bardziej, kiedy są rzetelnie napisane i nie antagonizują środowiska położnych i doul, ale szukają  wspólnego, nadrzędnego celu - dobrych, satysfakcjonujących porodów wśród wspierających się nawzajem kobiet. Miłej lektury! (Rzeczpospolita, 4-5 października 2014)

Kliknij tu, żeby powiekszyć artykuł.

artykuł o doulach

Posłuchajcie intymnej rozmowy o intymności w porodzie.

Pod poniższym linkiem znajdziecie niedzielną rozmowę Beaty Jewiarz z RDC z naszą prezeską Joanną Pietrusiewicz i psychoterapeutką, Justyną Dąbrowską o porodach, przerwanym przekazie pokoleniowym i  ukrytej seksualności matek. To intymna rozmowa o intymności, poczuciu bezpieczeństwa, przekraczaniu trudności i poszukiwaniu satysfakcji i mocy wypływającej z wydawania dziecka na świat Słuchajcie!


http://www.rdc.pl/publikacja/niedzielny-poranek-zycie-starozytnego-mazowsza-praktykuj-w-kulturze-edukacja-muzyczna-ksiazka-basnie-polskie-porody-2/

Polecamy najnowszy numer miesięcznika "Dziecko"

Publikujemy kolejny fragment kalendarium ciąży, które w całości możecie przeczytać w najnowszym wydaniu magazynu. Tym razem miesiąc szósty!

Gorąco polecamy!

Czytaj więcej: Polecamy najnowszy numer miesięcznika "Dziecko"

sasakawa copy

sasakawa copy

jeden procent

konferencje2016.jpg

kobiety mowia www

zorganizuj pokaz filmu zielony

baza porodowek

sasakawa copy

raporty red

iconka zamow publikacje

iconka lektury obowiazkowe