Dlaczego skracacie nam macierzyński?
Kobiety w ciąży skarżą się, że lekarze coraz częściej odmawiają im zwolnienia na 14 dni przed porodem i wysyłają je na wcześniejszy urlop macierzyński. Kobiety protestują, bo to oznacza, że będą przebywać z dzieckiem krócej o dwa tygodnie."
Dorota Lizun źle znosiła ciążę. - Miałam problemy z kręgosłupem. Od połowy ciąży nie mogłam już chodzić. Oczywiście byłam na zwolnieniu, bo nie dawałam rady dotrzeć do pracy. Dwa tygodnie przed planowanym terminem porodu lekarka odmówiła mi wydania kolejnego zwolnienia. Tłumaczyła, że zabrania tego ZUS - opowiada Dorota.
- To nieprawda. ZUS nie ma prawa niczego lekarzom nakazać. Jeśli lekarz wyda zwolnienie aż do planowanego terminu porodu, to my na pewno wypłacimy zasiłek - i chorobowy, i macierzyński - tłumaczy Przemysław Przybylski, rzecznik ZUS-u.
Niestety, z odmową wydawania zwolnień i straszeniem ZUS-em spotyka się coraz więcej ciężarnych kobiet.
W Polsce urlop macierzyński w przypadku urodzenia pierwszego dziecka wynosi 18 tygodni i 20 tygodni przy każdym następnym. Można go rozpocząć na dwa tygodnie przed planowanym terminem porodu. Kiedyś było normą, że szło się na macierzyński jeszcze przed porodem. Dziś wychowawczy to luksus. Z danych Ministerstwa Pracy wynika, że z urlopu wychowawczego mogłoby skorzystać zaledwie 30 proc. kobiet, bo tylko tyle ma umowę o pracę na czas nieokreślony. Według statystyk korzysta jeszcze mniej - tylko 20 proc.
Ponieważ ważny jest każdy tydzień macierzyńskiego kobiety chcą brać zwolnienia aż do samego porodu. Ale lekarze mają dylematy - nie widzą żadnych przeciwwskazań zdrowotnych, a kobieta opowiada, że się bardzo źle czuje, a praca ją stresuje... - Dlatego daje zwolninienie. Wolę uwierzyć w złe samopoczucie, niż zaryzykować życie i zdrowie matki i dziecka - mówi Lech Medard, warszawski ginekolog.
Lekarze szacują, że tylko ok. 25 proc. ciężarnych kobiet kwalifikuje się do zwolnienia. Tymczasem prosi o nie co druga pacjentka.
- Pacjentki najczęściej mówią mi, że w ich firmach wszystkie ciężarne kobiety są od dawna na zwolnieniu, więc nie ma sensu, żeby ona pracowała - mówi Medard.
Kobiety w ciąży dostają wówczas od swoich lekarzy zwolnienia z powodu zagrożenia wcześniejszym porodem. Ale takie zwolnienie można wydać tylko do końca 37. tygodnia ciąży, bo ciąża planowo trwa 40. tygodni.
Dlaczego? Ciąża jest donoszona już po upływie 37. tygodnia ciąży, więc lekarze nie mogą dać zwolnienia na samą końcówkę ciąży. Jeśli to zrobią, takie zwolnienie może zakwestionować ZUS albo pracodawca (to on kontroluje, jeśli w firmie pracuje co najmniej 20 osób). Pracodawcy rozumieją to w ten sposób: jeżeli kobieta jest na zwolnieniu, to znaczy, że jest to ciąża zagrożona. A jeżeli ciąża jest zagrożona, to nie czeka się już tych dwóch tygodni, tylko wywołuje poród. A jeśli poród nie został wywołany, to znaczy, że z ciążą wszystko w porządku, a zwolnienie jest "lewe."
Zdarza się, że pracodawcy nie chcą uznać zwolnień wydawanych nawet wtedy, gdy kobieta leży w szpitalu na patologii ciąży.
Urszula Kubicka-Kraszyńska z fundacji Rodzić po Ludzku jest takim rozumowaniem zaskoczona: - To jakiś absurd. Po pierwsze, zwolnienie oznacza niezdolność do pracy, np. ból kręgosłupa uniemożliwiający funkcjonowanie, a niekoniecznie zagrożenie przedwczesnym porodem. Po drugie, termin porodu jest tylko terminem orientacyjnym. Zaledwie 5 proc. kobiet rodzi w terminie. Dlaczego wywoływać porody za wszelką cenę? Dziecko może być niedonoszone. Pod koniec ciąży kobiety często odczuwają różne dolegliwości, ale to automatycznie nie oznacza, że ciąża jest zagrożona - tłumaczy.
Jak ratują się kobiety? Idą do internisty po zwolnienie na katar.
Joanna Ćwiek
Gazeta Wyborcza, Gazeta Praca, 2007-08-14