- Izba Porodowa w Lędzinach już nie istnieje, ale trzeba zrobić wszystko, by się odrodziła. Jeśli nie w Lędzinach, to w innych miastach, najlepiej w wielu naraz. Bo to kobiety powinny decydować, jak i gdzie chcą rodzić - przekonywały w sobotę uczestniczki śląskiej Manify.
Manifa wystartowała pod Teatrem im. Wyspiańskiego. Z transparentami głoszącymi "W Europie rodzimy, ale gdzie są Lędziny" przeszły przez rondo do Centrum Sztuki Filmowej. Tu odbyła się debata. Dlaczego akurat o Lędzinach? Bo były ostatnią w Polsce izbą porodową, czyli miejscem, w którym można rodzić dzieci nie jak w szpitalu, ale prawie jak w domu, gdzie położna nie odstępuje ani na chwilę rodzącej.
Dla NFZ-etu to było za mało. Fundusz posłuchał konsultanta ds. ginekologii, położnych - nie. I postawił izbie w Lędzinach takie warunki, jakby była szpitalem (sala operacyjna, tomograf, chłodnia do wydawania zwłok). - W ten sposób odbiera się kobietom prawo do wyboru, gdzie i jak chcą rodzić. Nie możemy się na to zgodzić - tłumaczyła Małgorzata Tkacz-Janik, organizatorka Manify.
Z Warszawy przyjechała Anna Otffinowska, szefowa Fundacji "Rodzić po ludzku". W organizowanej przez fundację i "Gazetę" akcji Lędziny dwukrotnie były nagrodzone, a w 2006 roku tamtejsze położne dostały od matek tytuł Aniołów za nadzwyczajną troskę i czułość wobec rodzących. - Nasza akcja wzięła się z buntu kobiet przeciwko warunkom, w jakich rodziły w szpitalach. O te warunki cały czas trzeba walczyć. O takie miejsca jak Lędziny też, właśnie dlatego, że to nie jest szpital, tylko dom narodzin. W całej Europie tworzy się coraz więcej takich miejsc. U nas zamyka się ostatnie, jakie istnieje, choć mogło być wzorem dla innych - mówiła Otffinowska.
Katarzyna Oleś, szefowa Stowarzyszenia "Dobrze Urodzeni", które skupia położne odbierające porody w domu, i rodziców, którzy się na takie porody decydują, nie kryła goryczy. - W 1996 roku pozwolono nam przyjmować porody w domu. Wydawało się, że pójdzie dalej. Tak się nie stało. Choć położna to samodzielny zawód, choć porody w domu są legalne, NFZ ich nie refunduje. Mnóstwo rodziców chce takiego porodu, ale położnych jest kilkanaście w całym kraju, bo spotykają się z potępieniem w środowisku medycznym. Czeka się na ich błędy. Efekt jest taki, że po zamknięciu Lędzin rodzące kobiety mogą wybrać tylko między jednym a drugim szpitalem, między tzw. porodem naturalnym a cesarskim cięciem. Dla mnie Lędziny to jest sprawa wolności - przekonywała.
Anna Wójcik-Ścierska, położna z Lędzin: - Ci, którzy zdecydowali o tym, że nie będziemy miały kontraktu, traktują ciążę jak chorobę. A to nie jest choroba, to część naszej seksualności. Poród to nie coś strasznego, tylko coś, co może być wielką radością dla rodziny.
Iwona Borchulska ze śląskiego regionu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych usiłowała przekonywać w Ministerstwie Zdrowia, że Lędziny to perełka, którą należy zachować. - Wiceminister Marek Haber obiecywał wesprzeć Lędziny, ale przez trzy dni nie znalazł kwadransa, żeby mnie w tej sprawie wysłuchać. Przez kilka miesięcy pukałyśmy do różnych drzwi. Bez skutku. Anioły z Lędzin nie podobały się facetom. Zamknęli je. Dlaczego? Czy miałyśmy urządzić prezesowi NFZ-etu poród na biurku? Czy za każdym razem facetom pod oknami trzeba urządzać białe miasteczko? - denerwowała się Borchulska, która w czerwcu 2006 roku była jedną z czterech pielęgniarek okupujących kancelarię premiera.
- Nie może być tak, że kiedy kobieta wybiera poród poza szpitalem, to musi za niego płacić. To dyskryminacja, to można zaskarżyć na forum europejskim - przekonywała Genowefa Grabowska, europarlamentarzystka. Sama taką skargę obiecała złożyć.
- Feministki na ogół nie zajmują się porodami. Ta debata to może być jakieś nowe otwarcie - cieszyła się już po debacie Otffinowska.
Judyta Watoła, Gazeta Wyborcza Katowice 2009-03-08
Wielu zachodnich lekarzy wierzy, że można wszystko ulepszyć, nawet naturalny poród zdrowej kobiety. Jest to filozofia ludzi, którzy uważają za godny ubolewania fakt, że nie konsultowano się z nimi przy stworzeniu Ewy, ponieważ oni zrobiliby to lepiej.
Kloosterman 1994