Położne
Czwartek, 08 Cze 2006 10:33
Tagi: poród w domu | pozaszpitalne miejsca do porod | położna
Szpital, przychodnia to warunki laboratoryjne. Kobieta zakłada najlepszą sukienkę i przykleja uśmiech. A w domu widać, jakiej pomocy potrzebuje. Czy od drzwi wali odór alkoholu, czy wszystko jest równiutko poukładane.
Ewa z Opola ma przychodnię położniczą. Katarzyna z Kobyłki zakłada dom narodzin, a Katarzyna z Mikołowa przyjmuje porody w domu. Nie godzą się na monopol szpitali.
Pan nie musi niczego widzieć
Koniec lat 80., Ewa Janiuk pracuje w szpitalu w Strzelcach Opolskich. Zaczyna jej przeszkadzać, że nie może sama prowadzić porodu, chociaż tego uczyli ją w szkole. Albo te żarówy włączone na maksa. Albo dlaczego nie można matce dać dziecka na brzuch, tylko od razu się je mierzy i waży - przecież się nie skurczy przez pół godziny. I że dobry poród to szybki poród. Czy na pewno?
- Ciąża i macierzyństwo jest jak wspinaczka w górach. Albo kobieta pozna drogę, popracuje nad kondycją, spakuje plecak, albo pójdzie na żywioł, licząc, że inni ją wciągną - opowiada.
Zaczyna się stawiać. Przyjmuje wieczorem poród, wchodzi lekarz:
- Światło, bo nic nie widzę.
- Pan nie musi niczego widzieć, bo poród ja prowadzę, a mnie jest tak wygodniej.
Ustawa mówi, że położna może m.in. prowadzić ciążę fizjologiczną oraz poród fizjologiczny, przyjmować go wraz z nacięciem i szyciem krocza, kierować kobietę na badania (również mające na celu wykrycie ciąży wysokiego ryzyka), opiekować się kobietą po porodzie oraz noworodkiem, prowadzić edukację na temat życia w rodzinie, metod planowania ciąży. A nie jest to nawet połowa listy.
- Położne mnie nie lubią - wyznaje Ewa. - Bo jak mi któraś mówi, że lekarz jej czegoś zabronił, to pytam: 'Czy zrobiła pani to, co wynika z zakresu pani kompetencji?'.
Koniec lat 80., Katarzyna Grzybowska pracuje w warszawskiej klinice na Karowej. Tak o sobie wtedy mówi: dobra położna.
- Łóżko drugie: 3 cm rozwarcia, na łóżku trzecim odeszły wody, czwartemu spadło tętno.
W 1988 r. jadą z mężem dorobić w Norwegii na truskawkach. Szefowa pokazuje jej klinikę położniczą swojej przyjaciółki. Norweski domek cały w drewnie. Książeczki, obrazki, stołek porodowy. Jezus Maria! Katarzyna wraca do Warszawy z nową energią.
- Odłączmy panią Magdę od KTG.
- Odbiło ci? Są procedury!
- U pani Teresy nie trzeba nacinać krocza.
- Trafisz na dywanik!
Zanim skłóci się ze wszystkimi, wyprowadzają się z mężem do podwarszawskiej Kobyłki, powiat Wołomin.
Koniec lat 80., Katarzyna Oleś pracuje w szpitalu w Mikołowie na Śląsku. Powie tylko trzy rzeczy.
Że kobiety na porodówce rozpaczliwie szukały bratniej duszy. Że wiele czasu poświęcała na zrozumienie psychiki, temperamentu rodzących mam. A o godzinie 21 przychodził doktor i mówił: - Proszę podłączyć kroplówkę, bo ja w środku nocy do porodu wstawać nie będę.
I że jak ktoś porzuca rutynę, ma lepszy kontakt z kobietami, to go koleżanki nie lubią, bo zawyża normy.
Mąż mnie naplumpie
1992 r., Ewa z Opola zachodzi w ciążę. Płoną lasy w Kuźni Raciborskiej, mąż - oficer straży pożarnej - jest w akcji przez dwa miesiące. Stres, stres, stres. Ewa trafia do małego szpitala w Leśnicy na patologię ciąży, leży tam pięć miesięcy. Widzi dziewczyny po cięciach cesarskich, na podtrzymaniu ciąży albo po poronieniach - ze strasznym poczuciem winy. Wie, że jak pójdą do ginekologa, to nie będą mogły o tym porozmawiać. Tam jest tylko wziernik, skierowanie, recepta.
Albo taka sterana życiem, brzuch obwisły, piąta ciąża.
- Dlaczego nie myślisz, jak się zabezpieczyć?
- Jo! Przyjdę do domu, to mąż mnie zaś naplumpie i co ja mam zrobić?
Ewie opadają ręce. Nie da rady pomóc jej w gabinecie, trzeba by się spotkać u niej w domu i zobaczyć.
Modli się wieczorem: - Panie Boże, jak się córeczka urodzi cała i zdrowa, to zrobię coś dla tych kobiet.
Rodzi zdrowe dziecko. Odchodzi ze szpitala.
Rok 1996. Katarzyna z Kobyłki jest zaskoczona wołomińskim szpitalem. Kobieta może sama decydować, w jakiej pozycji urodzi. Jedna robi to oparta o kaloryfer, bo tak jej wygodnie. Inna na materacu na ziemi. A jak trzeba jednak naciąć jej krocze, to przychodzi lekarz i kładzie się do szycia na tym materacu.
Pięć dobrych lat. Aż w 2001 r. przychodzi nowy ordynator ze stolicy. Wracają kroplówki z oksytocyną i rutynowe nacinanie krocza. Katarzyna zachodzi w ciążę. Do szpitala już nie wróci.
1989 r. Na oddział, gdzie pracuje Katarzyna z Mikołowa, przyjeżdża nowy sprzęt, ona bierze do ręki instrukcję, czyta. Podchodzi dwóch lekarzy.
- Gdzie jest instrukcja - pyta jeden.
- Masz - drugi wyciąga broszurkę Katarzynie z ręki. Odchodzą. Katarzyna czuje się jak stojak.
Niedługo potem zachodzi w ciążę. Do szpitala już nie wróci.
Kobiety w ciąży nie pytają o respiratory
Ewa przeprowadza się do Opola, zaczyna pracę w ZOZ-ie, będzie położną w poradni K: przyjmuje ciężarne, waży, mierzy tętno, wypisuje badania. W ZOZ-ie szefowa-położna pilnuje, żeby mogła być tak samodzielna, jak ustawa przewiduje. Ale w 2000 r. przychodzi restrukturyzacja - oszczędności po wprowadzeniu kas chorych. Chcą rozrzucić położne po przychodniach rejonowych. Teraz będzie źle. Żadnej wymiany doświadczeń, a szef-lekarz będzie upychał położne na zastępstwach w rejestracji i punktach szczepień.
Ewa z dwiema koleżankami zakłada położniczy Zakład Opieki Zdrowotnej 'Zdrowa Rodzina'. Ale kasa chorych nie wie, co z nimi zrobić. Dopiero w kolejnym roku kasa podpisuje z nimi kontrakt. Zatrudniają jeszcze trzy położne.
Muszą zapracować sobie na dobrą opinię. W przychodni kobieta odbywa rutynowe pięć wizyt. W Zdrowej Rodzinie położne same jeżdżą do kobiet.
- Nasza praca to skrzyżowanie listonosza z ulicznicą. Trzeba znać adresy i być gotowym na telefon - żartuje dziś Ewa.
Szpital, przychodnia to warunki laboratoryjne. Kobieta zakłada najlepszą sukienkę i przykleja oficjalny uśmiech. A w domu widać, jakiej pomocy potrzebuje. Czy od drzwi wali skiśnięty odór alkoholowo-papierosowy, a z szafek wychodzi bieda. Czy może wszystko jest równiutko poustawiane, łącznie z planem edukacji nienarodzonego dziecka.
Katarzyna z Kobyłki robi kurs instruktorów szkół rodzenia, pracuje w fundacji Rodzić po Ludzku. Czyta listy od kobiet - w położnictwie jest coraz gorzej. Wraca 'wyciskanie dzieci', golenie krocza. Lata 80., tyle że w ładnych kafelkach.
Szpitale chwalą się sprzętem. A kiedy kobiety w ciąży dzwonią do fundacji i pytają, gdzie rodzić, to nie dopytują o respiratory, tylko o to, gdzie jest spokojnie i przyjaźnie.
Na warsztatach w fundacji spotyka położną z domu narodzin w Dreźnie. Z Renatą Rembelską, pielęgniarką z Wołomina, która zna się na administracji i finansach, postanawiają: - Założymy dom narodzin w Warszawie.
Katarzyna z Mikołowa chce założyć szkołę rodzenia. Nie sposób zebrać całej grupy, prowadzi zajęcia z parami. Małżeństwo pyta nieśmiało:
- Czybyś nie przyjęła...?
- Nigdy w życiu, to wariactwo - zarzeka się Katarzyna. Prawie się obraża, że przyszło im to do głowy.
Ale poród w domu nie daje jej spokoju. Jest rok 1990, spotyka się z panią Anią, jak w podziemiu. Wypytuje o techniczne szczegóły.
Rok później, kiedy kolejna para prosi ją o przyjęcie porodu, decyduje się. Wyposażona jak na wojnę. Tlen w butli, bateria lekarstw niezbędnych w szpitalu. Będzie je wymieniała, kiedy będą się kończyły terminy ważności, ale nigdy nie użyje. - Bo bezpieczeństwo w mojej pracy polega na czymś innym - wyjaśnia. - Że się kogoś 'wyselekcjonowało' i się go zna. Przed porodem mam przekonanie, że wszystko pójdzie dobrze. Dlatego chociaż kilka razy trzeba było jechać do szpitala, to nigdy nie miałam groźnej sytuacji.
Katarzyna jest zaskoczona prostymi rzeczami. W szpitalu dziecko jest zwykle ospałe, bo mamę faszeruje się narkotycznymi środkami przeciwbólowymi. A kiedy kobieta rodzi na klęczkach, to Katarzyna widzi, jakie miny robi dziecko, kiedy wydostaje się na świat. Komedia romantyczna.
Uśmiechnięte i głodne
47 groszy. Tyle warta jest kobieta w Opolu. Ściśle - tyle Zdrowa Rodzina dostaje z NFZ miesięcznie za każdą podopieczną. Chodzą po domach, ludzie trzaskają im drzwiami przed nosem. Organizują spotkania w kołach gospodyń wiejskich, szkolenia dla kobiet w zakładach pracy. Mówią, jak badać piersi albo co się dzieje z cyklem w czasie przekwitania. I zbierają deklaracje od tych, co mogą być matkami albo już tylko babciami. To nie żadna ściema, tylko wymogi ustawy. Mała dziewczynka też może mieć choroby ginekologiczne, a tym bardziej staruszka i ją zresztą najtrudniej przekonać do wizyty u ginekologa. Teoretycznie więc obu należy się opieka położnej.
Norma ustalona przez NFZ to 6,6 tys. deklaracji na pełen etat. Na razie na każdy z etatów mają po 2,5 tys. deklaracji. Jaka z tego wychodzi średnia pensja? Zasłaniają się tajemnicą firmy, ale gołym okiem widać, że z samej tylko pensji nie dałyby rady wyżyć.
50 tys. zł. Tyle można by dostać z Unii Europejskiej na uruchomienie domu narodzin. Ale trzeba udokumentować, że ma się 120 tys. zł własnego wkładu. Gdyby Katarzyna i Renata z Kobyłki tyle miały, nie potrzebowałyby pieniędzy z Unii. Koło się zamyka.
Wyciągają oszczędności, sprzedają trochę dóbr rodzinnych, pożyczają od znajomych i biorą 40 tys. zł kredytu. To specjalna oferta BGK (Banku Gospodarstwa Krajowego) dla pielęgniarek i położnych. Funkcjonuje od pięciu lat, ale przez ten czas tylko jedna osoba przed nimi się o taką pożyczkę starała.
W domu narodzin ma być lekarz, psycholog, pedagog, instruktor masażu i akupresury, pediatra, a nawet tzw. doula - osoba kształcona specjalnie, by towarzyszyć przy porodzie (głównie z myślą o samotnych matkach). Tak planuje Katarzyna. Marzy, że w przyszłości dom narodzin będzie bezpłatny. Ale żeby rozmawiać z NFZ, trzeba rozpocząć działalność. Na początek pakiet okołoporodowy - wizyty przed porodem, po nim i sam poród - będzie kosztował około 2 tys. zł.
- Spodziewamy się, że przez pierwszy rok nikt z nas specjalnie nie zarobi, ale nie możemy być miłe, uśmiechnięte i głodne - tłumaczy Katarzyna.
Oficjalne otwarcie domu narodzin będzie w połowie kwietnia. Szkoła rodzenia działa już od wczoraj.
1,5 tys. zł - to średnia stawka za poród domowy na Śląsku. Swoich Katarzyna z Mikołowa nie poda, ma ceny umowne.
Przyjmowała już poród w Wigilię, w sylwestra. Kiedy nie było komórek, przez dwa tygodnie przed terminem warowała przy telefonie, każde wyjście uzgadniała z podopieczną.
Największe problemy powstają na styku z 'betonową medycyną'. Np. kobiecie, która ma Rh minus, a urodzi dziecko Rh plus, trzeba w ciągu 72 godzin podać immunoglobulinę.
- Ja zgodnie z ustawą z 1996 r. mam prawo przyjmować poród, ale nie mam prawa wypisać recepty - mówi Katarzyna. - Stacje krwiodawstwa zawsze żądają recepty, a lekarze czasem mówią: 'Nie dam, bo nie popieram porodów domowych'.
Albo jeśli poród zaczyna się komplikować i Katarzyna decyduje, że jadą do szpitala. Zaczynają się docinki, że matka nieodpowiedzialna. I usiłują dopaść Katarzynę, żeby 'ukrócić tę partyzantkę'. A to nie żadna partyzantka. Katarzyna ma działalność gospodarczą (opieka nad kobietą w ciąży, przyjmowanie porodów). Ponosi taką samą odpowiedzialność cywilną przed Izbą Pielęgniarek i Położnych jak położna ze szpitala. Jedyna różnica, że sama musi opłacić sobie składkę OC (ok. 300-400 zł rocznie).
Tylko jedna izba porodowa na Śląsku wpuszcza ją w razie czego jako osobę towarzyszącą. O tym, by dalej prowadzić taki poród, Katarzyna nawet nie marzy.
Przyjąć na siebie odpowiedzialność
- Mleko można. Tylko niech pani uważa, żeby małego nie przegrzać, bo będzie więcej płynów tracił - niedziela, godzina 20, a Ewa z Opola udziela porad przez komórkę.
Od tego roku Zdrowa Rodzina ma w kontrakcie opiekę do 18. Późniejsze wizyty płatne - 40 zł. Zwykle wystarczy o tym powiedzieć i okazuje się, że sprawa może poczekać.
- Już się nie cofniemy, w kwietniu ruszamy - zapowiada Katarzyna z Kobyłki. Znalazły willę na Mokotowie, właścicielka wynajęła ją niedrogo, skoro to dla domu narodzin. Znajomy architekt też poczuł 'moralną potrzebę' i zrobił im projekt adaptacji wnętrza.
Nawet ze szpitalem się dogadują - w pobliżu, trzy minuty karetką. Ordynator wstępnie zgodził się na transfer porodów w przypadku komplikacji. Położna będzie mogła wejść jako osoba towarzysząca.
- Przekonajcie mnie, że chcecie rodzić w domu - mówi Katarzyna z Mikołowa. Ma na koncie 90 porodów. Jeśli widzi, że relacja między rodzicami jest zła - odmawia, bo wie, że i tak się skończy w szpitalu.
Była taka para. Mama chciała rodzić w domu, tata niby się zgadzał. Katarzyna przyjechała nad ranem, po siedmiu godzinach skurczów. I nic. Atmosfera coraz gęstsza, mieszkanie małe, oni w trójkę. Ojciec pyta co chwilę, czy wszystko będzie dobrze. Wieczorem decyduje: jedziemy do szpitala. Jak tylko mamę przyjęli, zaczęła się silna akcja skurczowa. Zaraz urodziła.
- Poród w domu jest dla tych, którzy umieją przyjąć na siebie odpowiedzialność. W szpitalu to się rozmywa na wiele osób.
Wojciech Staszewski, Wysokie obcasy, 2006-04-08
Ewa z Opola ma przychodnię położniczą. Katarzyna z Kobyłki zakłada dom narodzin, a Katarzyna z Mikołowa przyjmuje porody w domu. Nie godzą się na monopol szpitali.
Pan nie musi niczego widzieć
Koniec lat 80., Ewa Janiuk pracuje w szpitalu w Strzelcach Opolskich. Zaczyna jej przeszkadzać, że nie może sama prowadzić porodu, chociaż tego uczyli ją w szkole. Albo te żarówy włączone na maksa. Albo dlaczego nie można matce dać dziecka na brzuch, tylko od razu się je mierzy i waży - przecież się nie skurczy przez pół godziny. I że dobry poród to szybki poród. Czy na pewno?
- Ciąża i macierzyństwo jest jak wspinaczka w górach. Albo kobieta pozna drogę, popracuje nad kondycją, spakuje plecak, albo pójdzie na żywioł, licząc, że inni ją wciągną - opowiada.
Zaczyna się stawiać. Przyjmuje wieczorem poród, wchodzi lekarz:
- Światło, bo nic nie widzę.
- Pan nie musi niczego widzieć, bo poród ja prowadzę, a mnie jest tak wygodniej.
Ustawa mówi, że położna może m.in. prowadzić ciążę fizjologiczną oraz poród fizjologiczny, przyjmować go wraz z nacięciem i szyciem krocza, kierować kobietę na badania (również mające na celu wykrycie ciąży wysokiego ryzyka), opiekować się kobietą po porodzie oraz noworodkiem, prowadzić edukację na temat życia w rodzinie, metod planowania ciąży. A nie jest to nawet połowa listy.
- Położne mnie nie lubią - wyznaje Ewa. - Bo jak mi któraś mówi, że lekarz jej czegoś zabronił, to pytam: 'Czy zrobiła pani to, co wynika z zakresu pani kompetencji?'.
Koniec lat 80., Katarzyna Grzybowska pracuje w warszawskiej klinice na Karowej. Tak o sobie wtedy mówi: dobra położna.
- Łóżko drugie: 3 cm rozwarcia, na łóżku trzecim odeszły wody, czwartemu spadło tętno.
W 1988 r. jadą z mężem dorobić w Norwegii na truskawkach. Szefowa pokazuje jej klinikę położniczą swojej przyjaciółki. Norweski domek cały w drewnie. Książeczki, obrazki, stołek porodowy. Jezus Maria! Katarzyna wraca do Warszawy z nową energią.
- Odłączmy panią Magdę od KTG.
- Odbiło ci? Są procedury!
- U pani Teresy nie trzeba nacinać krocza.
- Trafisz na dywanik!
Zanim skłóci się ze wszystkimi, wyprowadzają się z mężem do podwarszawskiej Kobyłki, powiat Wołomin.
Koniec lat 80., Katarzyna Oleś pracuje w szpitalu w Mikołowie na Śląsku. Powie tylko trzy rzeczy.
Że kobiety na porodówce rozpaczliwie szukały bratniej duszy. Że wiele czasu poświęcała na zrozumienie psychiki, temperamentu rodzących mam. A o godzinie 21 przychodził doktor i mówił: - Proszę podłączyć kroplówkę, bo ja w środku nocy do porodu wstawać nie będę.
I że jak ktoś porzuca rutynę, ma lepszy kontakt z kobietami, to go koleżanki nie lubią, bo zawyża normy.
Mąż mnie naplumpie
1992 r., Ewa z Opola zachodzi w ciążę. Płoną lasy w Kuźni Raciborskiej, mąż - oficer straży pożarnej - jest w akcji przez dwa miesiące. Stres, stres, stres. Ewa trafia do małego szpitala w Leśnicy na patologię ciąży, leży tam pięć miesięcy. Widzi dziewczyny po cięciach cesarskich, na podtrzymaniu ciąży albo po poronieniach - ze strasznym poczuciem winy. Wie, że jak pójdą do ginekologa, to nie będą mogły o tym porozmawiać. Tam jest tylko wziernik, skierowanie, recepta.
Albo taka sterana życiem, brzuch obwisły, piąta ciąża.
- Dlaczego nie myślisz, jak się zabezpieczyć?
- Jo! Przyjdę do domu, to mąż mnie zaś naplumpie i co ja mam zrobić?
Ewie opadają ręce. Nie da rady pomóc jej w gabinecie, trzeba by się spotkać u niej w domu i zobaczyć.
Modli się wieczorem: - Panie Boże, jak się córeczka urodzi cała i zdrowa, to zrobię coś dla tych kobiet.
Rodzi zdrowe dziecko. Odchodzi ze szpitala.
Rok 1996. Katarzyna z Kobyłki jest zaskoczona wołomińskim szpitalem. Kobieta może sama decydować, w jakiej pozycji urodzi. Jedna robi to oparta o kaloryfer, bo tak jej wygodnie. Inna na materacu na ziemi. A jak trzeba jednak naciąć jej krocze, to przychodzi lekarz i kładzie się do szycia na tym materacu.
Pięć dobrych lat. Aż w 2001 r. przychodzi nowy ordynator ze stolicy. Wracają kroplówki z oksytocyną i rutynowe nacinanie krocza. Katarzyna zachodzi w ciążę. Do szpitala już nie wróci.
1989 r. Na oddział, gdzie pracuje Katarzyna z Mikołowa, przyjeżdża nowy sprzęt, ona bierze do ręki instrukcję, czyta. Podchodzi dwóch lekarzy.
- Gdzie jest instrukcja - pyta jeden.
- Masz - drugi wyciąga broszurkę Katarzynie z ręki. Odchodzą. Katarzyna czuje się jak stojak.
Niedługo potem zachodzi w ciążę. Do szpitala już nie wróci.
Kobiety w ciąży nie pytają o respiratory
Ewa przeprowadza się do Opola, zaczyna pracę w ZOZ-ie, będzie położną w poradni K: przyjmuje ciężarne, waży, mierzy tętno, wypisuje badania. W ZOZ-ie szefowa-położna pilnuje, żeby mogła być tak samodzielna, jak ustawa przewiduje. Ale w 2000 r. przychodzi restrukturyzacja - oszczędności po wprowadzeniu kas chorych. Chcą rozrzucić położne po przychodniach rejonowych. Teraz będzie źle. Żadnej wymiany doświadczeń, a szef-lekarz będzie upychał położne na zastępstwach w rejestracji i punktach szczepień.
Ewa z dwiema koleżankami zakłada położniczy Zakład Opieki Zdrowotnej 'Zdrowa Rodzina'. Ale kasa chorych nie wie, co z nimi zrobić. Dopiero w kolejnym roku kasa podpisuje z nimi kontrakt. Zatrudniają jeszcze trzy położne.
Muszą zapracować sobie na dobrą opinię. W przychodni kobieta odbywa rutynowe pięć wizyt. W Zdrowej Rodzinie położne same jeżdżą do kobiet.
- Nasza praca to skrzyżowanie listonosza z ulicznicą. Trzeba znać adresy i być gotowym na telefon - żartuje dziś Ewa.
Szpital, przychodnia to warunki laboratoryjne. Kobieta zakłada najlepszą sukienkę i przykleja oficjalny uśmiech. A w domu widać, jakiej pomocy potrzebuje. Czy od drzwi wali skiśnięty odór alkoholowo-papierosowy, a z szafek wychodzi bieda. Czy może wszystko jest równiutko poustawiane, łącznie z planem edukacji nienarodzonego dziecka.
Katarzyna z Kobyłki robi kurs instruktorów szkół rodzenia, pracuje w fundacji Rodzić po Ludzku. Czyta listy od kobiet - w położnictwie jest coraz gorzej. Wraca 'wyciskanie dzieci', golenie krocza. Lata 80., tyle że w ładnych kafelkach.
Szpitale chwalą się sprzętem. A kiedy kobiety w ciąży dzwonią do fundacji i pytają, gdzie rodzić, to nie dopytują o respiratory, tylko o to, gdzie jest spokojnie i przyjaźnie.
Na warsztatach w fundacji spotyka położną z domu narodzin w Dreźnie. Z Renatą Rembelską, pielęgniarką z Wołomina, która zna się na administracji i finansach, postanawiają: - Założymy dom narodzin w Warszawie.
Katarzyna z Mikołowa chce założyć szkołę rodzenia. Nie sposób zebrać całej grupy, prowadzi zajęcia z parami. Małżeństwo pyta nieśmiało:
- Czybyś nie przyjęła...?
- Nigdy w życiu, to wariactwo - zarzeka się Katarzyna. Prawie się obraża, że przyszło im to do głowy.
Ale poród w domu nie daje jej spokoju. Jest rok 1990, spotyka się z panią Anią, jak w podziemiu. Wypytuje o techniczne szczegóły.
Rok później, kiedy kolejna para prosi ją o przyjęcie porodu, decyduje się. Wyposażona jak na wojnę. Tlen w butli, bateria lekarstw niezbędnych w szpitalu. Będzie je wymieniała, kiedy będą się kończyły terminy ważności, ale nigdy nie użyje. - Bo bezpieczeństwo w mojej pracy polega na czymś innym - wyjaśnia. - Że się kogoś 'wyselekcjonowało' i się go zna. Przed porodem mam przekonanie, że wszystko pójdzie dobrze. Dlatego chociaż kilka razy trzeba było jechać do szpitala, to nigdy nie miałam groźnej sytuacji.
Katarzyna jest zaskoczona prostymi rzeczami. W szpitalu dziecko jest zwykle ospałe, bo mamę faszeruje się narkotycznymi środkami przeciwbólowymi. A kiedy kobieta rodzi na klęczkach, to Katarzyna widzi, jakie miny robi dziecko, kiedy wydostaje się na świat. Komedia romantyczna.
Uśmiechnięte i głodne
47 groszy. Tyle warta jest kobieta w Opolu. Ściśle - tyle Zdrowa Rodzina dostaje z NFZ miesięcznie za każdą podopieczną. Chodzą po domach, ludzie trzaskają im drzwiami przed nosem. Organizują spotkania w kołach gospodyń wiejskich, szkolenia dla kobiet w zakładach pracy. Mówią, jak badać piersi albo co się dzieje z cyklem w czasie przekwitania. I zbierają deklaracje od tych, co mogą być matkami albo już tylko babciami. To nie żadna ściema, tylko wymogi ustawy. Mała dziewczynka też może mieć choroby ginekologiczne, a tym bardziej staruszka i ją zresztą najtrudniej przekonać do wizyty u ginekologa. Teoretycznie więc obu należy się opieka położnej.
Norma ustalona przez NFZ to 6,6 tys. deklaracji na pełen etat. Na razie na każdy z etatów mają po 2,5 tys. deklaracji. Jaka z tego wychodzi średnia pensja? Zasłaniają się tajemnicą firmy, ale gołym okiem widać, że z samej tylko pensji nie dałyby rady wyżyć.
50 tys. zł. Tyle można by dostać z Unii Europejskiej na uruchomienie domu narodzin. Ale trzeba udokumentować, że ma się 120 tys. zł własnego wkładu. Gdyby Katarzyna i Renata z Kobyłki tyle miały, nie potrzebowałyby pieniędzy z Unii. Koło się zamyka.
Wyciągają oszczędności, sprzedają trochę dóbr rodzinnych, pożyczają od znajomych i biorą 40 tys. zł kredytu. To specjalna oferta BGK (Banku Gospodarstwa Krajowego) dla pielęgniarek i położnych. Funkcjonuje od pięciu lat, ale przez ten czas tylko jedna osoba przed nimi się o taką pożyczkę starała.
W domu narodzin ma być lekarz, psycholog, pedagog, instruktor masażu i akupresury, pediatra, a nawet tzw. doula - osoba kształcona specjalnie, by towarzyszyć przy porodzie (głównie z myślą o samotnych matkach). Tak planuje Katarzyna. Marzy, że w przyszłości dom narodzin będzie bezpłatny. Ale żeby rozmawiać z NFZ, trzeba rozpocząć działalność. Na początek pakiet okołoporodowy - wizyty przed porodem, po nim i sam poród - będzie kosztował około 2 tys. zł.
- Spodziewamy się, że przez pierwszy rok nikt z nas specjalnie nie zarobi, ale nie możemy być miłe, uśmiechnięte i głodne - tłumaczy Katarzyna.
Oficjalne otwarcie domu narodzin będzie w połowie kwietnia. Szkoła rodzenia działa już od wczoraj.
1,5 tys. zł - to średnia stawka za poród domowy na Śląsku. Swoich Katarzyna z Mikołowa nie poda, ma ceny umowne.
Przyjmowała już poród w Wigilię, w sylwestra. Kiedy nie było komórek, przez dwa tygodnie przed terminem warowała przy telefonie, każde wyjście uzgadniała z podopieczną.
Największe problemy powstają na styku z 'betonową medycyną'. Np. kobiecie, która ma Rh minus, a urodzi dziecko Rh plus, trzeba w ciągu 72 godzin podać immunoglobulinę.
- Ja zgodnie z ustawą z 1996 r. mam prawo przyjmować poród, ale nie mam prawa wypisać recepty - mówi Katarzyna. - Stacje krwiodawstwa zawsze żądają recepty, a lekarze czasem mówią: 'Nie dam, bo nie popieram porodów domowych'.
Albo jeśli poród zaczyna się komplikować i Katarzyna decyduje, że jadą do szpitala. Zaczynają się docinki, że matka nieodpowiedzialna. I usiłują dopaść Katarzynę, żeby 'ukrócić tę partyzantkę'. A to nie żadna partyzantka. Katarzyna ma działalność gospodarczą (opieka nad kobietą w ciąży, przyjmowanie porodów). Ponosi taką samą odpowiedzialność cywilną przed Izbą Pielęgniarek i Położnych jak położna ze szpitala. Jedyna różnica, że sama musi opłacić sobie składkę OC (ok. 300-400 zł rocznie).
Tylko jedna izba porodowa na Śląsku wpuszcza ją w razie czego jako osobę towarzyszącą. O tym, by dalej prowadzić taki poród, Katarzyna nawet nie marzy.
Przyjąć na siebie odpowiedzialność
- Mleko można. Tylko niech pani uważa, żeby małego nie przegrzać, bo będzie więcej płynów tracił - niedziela, godzina 20, a Ewa z Opola udziela porad przez komórkę.
Od tego roku Zdrowa Rodzina ma w kontrakcie opiekę do 18. Późniejsze wizyty płatne - 40 zł. Zwykle wystarczy o tym powiedzieć i okazuje się, że sprawa może poczekać.
- Już się nie cofniemy, w kwietniu ruszamy - zapowiada Katarzyna z Kobyłki. Znalazły willę na Mokotowie, właścicielka wynajęła ją niedrogo, skoro to dla domu narodzin. Znajomy architekt też poczuł 'moralną potrzebę' i zrobił im projekt adaptacji wnętrza.
Nawet ze szpitalem się dogadują - w pobliżu, trzy minuty karetką. Ordynator wstępnie zgodził się na transfer porodów w przypadku komplikacji. Położna będzie mogła wejść jako osoba towarzysząca.
- Przekonajcie mnie, że chcecie rodzić w domu - mówi Katarzyna z Mikołowa. Ma na koncie 90 porodów. Jeśli widzi, że relacja między rodzicami jest zła - odmawia, bo wie, że i tak się skończy w szpitalu.
Była taka para. Mama chciała rodzić w domu, tata niby się zgadzał. Katarzyna przyjechała nad ranem, po siedmiu godzinach skurczów. I nic. Atmosfera coraz gęstsza, mieszkanie małe, oni w trójkę. Ojciec pyta co chwilę, czy wszystko będzie dobrze. Wieczorem decyduje: jedziemy do szpitala. Jak tylko mamę przyjęli, zaczęła się silna akcja skurczowa. Zaraz urodziła.
- Poród w domu jest dla tych, którzy umieją przyjąć na siebie odpowiedzialność. W szpitalu to się rozmywa na wiele osób.
Wojciech Staszewski, Wysokie obcasy, 2006-04-08





