Małgosia urodziła Jadzię dwa tygodnie temu. Jeszcze o północy zrobiła sałatkę na śniadanie, a dwie godziny później już tuliła córeczkę w ramionach.
Agnieszka ma 7 lat, Zosia 5, a Grześ zaledwie 4 miesiące. Całą trójkę Emilia rodziła w domu, w swoim pokoju, w obecności męża i położnej. Porody domowe zafascynowały ją, gdy zaczęła naukę w studium położniczym. Siedem lat temu w Opolu nikt raczej o tym nie słyszał, tym bardziej nie praktykował. Gdy ciężarna Emilia zadzwoniła do Izby Pielęgniarek i Położnych z prośbą o przydzielenie jej osoby, która przyjmie poród w domu, w słuchawce zapadła długa cisza.
- A potem pani po drugiej stronie słuchawki stwierdziła, że jest tutaj jedna szalona, która się tego podejmie. Tak trafiłam do położnej Ewy Janiuk - uśmiecha się Emilia. Poród wspomina fantastycznie. - Byłam w takiej euforii, że stwierdziłam, że chcę rodzić więcej i częściej. Póki co, jest trójka, co będzie dalej - zobaczymy.
Gosia dwa tygodnie temu w nocy urodziła córeczkę Jadzię. Choć skurcze miała już od rana, do ostatniej chwili coś robiła. O północy przygotowała sałatkę na śniadanie, a dwie godziny później już tuliła w ramionach córeczkę.
- A potem poszłam pod prysznic i wszyscy zjedliśmy, bo od tych wrażeń zrobiliśmy się głodni - opowiada Małgosia. - W szpitalu to nie byłoby możliwe. Gdy rodziłam pierwsze dziecko, Pawełka, akurat był remont porodówki. Wszystkie kobiety leżały na jednej sali. Gdy po porodzie zostałam sama, bo synka mi zabrali, było mi bardzo smutno. Wiadomo, hormony szaleją. A w domu po prostu przytulam się do męża i już czuję się pewniej.
Drugie dziecko, Marysię, Gosia już urodziła w domu, w asyście Ewy Janiuk.
I była zachwycona:
- Mogłam sama wybrać pozycję do rodzenia. Rodziłam na klęczkach, czego w szpitalu się nie praktykuje. Obeszło się bez nacinania i szycia krocza, a co najważniejsze, cały czas byłam ze swoją rodziną - wymienia Małgosia. Tego, że trzecie dziecko też urodzi w domu, była już pewna. Jadzię przyjęła na świat położna Grażyna Zimnal.
A co na to znajomi?
- Niektórzy uważają mnie za potwora, a nawet za zboczoną - przyznaje Gosia. Inni się dziwią, że tak wolno. Niektórym się podoba.
Gdy mąż Emilii powiedział w pracy, że ich pierwsze dziecko urodzi się w domu, jego kolega stwierdził z przekąsem: "o, jacy państwo!". Przy drugim już stwierdził: "o, to normalność".
- Po prostu ludzie muszą się przyzwyczaić do nowego - uważa Emilia.
Opinie znajomych to jedna sprawa. Inną jest walka z Narodowym Funduszem Zdrowia o refundację porodów domowych. Emilia toczy ją już od kilku lat. Bo o ile NFZ refunduje porody szpitalne i płaci położnym za przyjęcie porodu nagłego poza szpitalem, o tyle planowanych porodów domowych nie finansuje. A to koszt niemały, bo około 1500-2000 zł, i musi go ponosić rodząca.
- Prawo unijne mówi, że mogę sama wybrać miejsce porodu. A skoro płacę składki i jestem objęta powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym, dlaczego muszę jeszcze płacić za poród? - dziwi się Emilia. Od kilku lat koresponduje z NFZ-em. Interpretuje przepisy, czyta ustawy, szuka odpowiednich aktów prawnych. Fundusz odpisuje niezmiennie - w zakresie obowiązków położnej jest przyjęcie porodu nagłego i tylko za taki możemy zapłacić.
- Nie odpuszczam - kwituje Emilia. - Mamy prawo do porodów domowych i mamy prawo mieć je za darmo.
Na pytania znajomych, czy się nie bały rodzić w domu, dziewczyny mówią zgodnie: bałyśmy się rodzić w szpitalu.
- Poza tym - uzupełnia Gosia - cały czas jest przy mnie położna, która potrafi ocenić ryzyko. Mieszkam niedaleko szpitala, więc gdyby coś się działo, byłabym tam w pięć minut.
Dziewczyny ze śmiechem obalają mity na temat porodów w domu. Gosia:
- Wcale nie trzeba gorącej wody i stosu ręczników. Wystarczy, że jest matka i dziecko.
Magdalena Żołądź
Nowa Trybuna Opolska, 2007-11-29