Ronić po ludzku

Poprosiliśmy o wydanie ciała dziecka, pracownicy szpitala się zdziwili: 'Bo to przecież takie małe'"

Basia. Dziecko umarło, więc pytam: co teraz zrobić?

Cztery razy przeżyła utratę dziecka. Kiedy zaszła w pierwszą ciążę, miała 22 lata, byli rok po ślubie, bardzo się z mężem cieszyli.

Basia opowiada: - W 30. tygodniu lekarz skierował mnie do szpitala, dokarmić dziecko glukozą. Po trzech dniach zanikło tętno. Moja córeczka umarła.

I wtedy rozpoczął się największy koszmar naszego życia. Paradoksalnie nie dotyczył on straty dziecka. Ale tego, co zrobili ze mną w szpitalu, jak nas potraktowano.

Dziecko umarło, więc pytam, co teraz zrobić. 30. tydzień ciąży, żadnego rozwarcia, żadnych skurczów, poprosiłam o cesarkę. Ordynator powiedział, że to wykluczone, że jestem młoda, muszę urodzić naturalnie. Powiedział, że mogę z 'tym' chodzić nawet pięć tygodni.

Mąż Basi szuka jakiegoś innego szpitala, jakiejś prywatnej kliniki, ale są akurat święta, nigdzie nie chcą przyjąć.

Przez tydzień leży w szpitalu i czeka. Płacą. Dostaje wtedy środki na sprowokowanie porodu, środki nie skutkują. Leży pół dnia na wielkiej sali porodowej.

- Leżałam na środkowym łóżku, na bocznych w tym czasie panie urodziły zdrowe dzieci. Słyszałam, jak płakały.

Czeka na poród jeszcze trzy dni. Nikt z personelu z nią o 'tym' nie rozmawia, nikt niczego nie tłumaczy. Kiedy rodzi martwe dziecko, mąż siedzi na korytarzu, nie może też wejść do żony po porodzie, ponieważ to nie są godziny odwiedzin.

- Gabrysia ważyła 500 gram i miała 27cm. Poprosiliśmy o wydanie ciała, co zdziwiło część personelu: 'Bo to przecież takie małe'. Pochowaliśmy naszą córkę.

Nikt w szpitalu nie zaproponował, żeby znaleźć przyczynę tego, co się stało. 'Tak czasami się zdarza'- usłyszeli.

Dopiero przy czwartym poronieniu lekarz skierował Basię i męża na badania genetyczne, dowiedzieli się, że w ich przypadku, rzadkim, jest nikła szansa, by urodziło im się zdrowe dziecko. Byli wdzięczni, że wreszcie wiedzą.

To się zdarza codziennie

Co roku w Polsce rodzi się 2 tys. martwych dzieci. Dochodzi do ok. 40 tys. poronień.

'Poronieniem określa się wydalenie lub wydobycie z ustroju matki płodu, który nie oddycha ani nie wykazuje żadnego innego znaku życia [...] o ile nastąpiło to przed upływem 22. tygodnia ciąży. Zgonem płodu (urodzenie martwe) określa się zgon następujący przed całkowitym wydaleniem lub wydobyciem z ustroju matki, o ile nastąpił po upływie 22. tygodnia ciąży' (z rozporządzenia ministra zdrowia).

'No, wie pani, to się zdarza codziennie'. Lekarz powiedział to, nie patrząc mi w oczy, z uśmiechem. I co z tego, że zdarza się codziennie? To jest moja tragedia.

Joanna. Co tam pani wyleciało?

Pół roku temu Joanna była w 10. tygodniu ciąży. 'Maleństwo', pierwsze dziecko. Kontrolna wizyta, lekarz stwierdza: 'brak akcji serca', 'zabieg za kilka dni'. Ale Joanna zaczyna krwawić wcześniej, mąż wiezie ją do szpitala wojewódzkiego. Jest piątek.

Zostaje w szpitalu na noc. Krwawi coraz bardziej, silny ból brzucha. Położna każe czekać na obchód. Rano lekarz każe podać paracetamol i leżeć.

Joanna: - Kilka godzin później poroniłam w szpitalnej toalecie.

Położna wbiegła do sali z krzykiem: - Co tam pani wyleciało?! I zawyrokowała: 'To pewnie były skrzepy! Proszę nie panikować!'.

W poniedziałek badania. - Ordynator tak mocno naciskał na moje podbrzusze, że przez dwa tygodnie miałam siniaka. Potem patrzy na wyniki i krzyczy na mnie, że... nie zgłosiłam bólu brzucha i mocnego krwawienia.

Była w szpitalu pięć dni. Nikt z nią o tym, co się stało, nie rozmawiał.

- Leżałam na sali z kobietami, których ciąże zakończą się pomyślnie. Słuchałam kilka razy dziennie KTG.

KTG monitoruje bicie serca dzieci w brzuchu mam.

Jednego dnia pielęgniarka chciała nawet Joannie przez pomyłkę to urządzenie podłączyć.

To coś, poroniony płód

Kiedy dziecko w brzuchu mamy jest zdrowe, żywe, wszyscy mówią: dzidziuś, pytają o imię, znak zodiaku.

Kiedy ma kilka tygodni, lekarz pokazuje już mamie na USG: - O, tu jest główka dzidziusia, tu serduszko.

Kiedy kobieta traci dziecko, język się zmienia, słyszy: obumarły płód, wydalony zarodek, niepowodzenie ciążowe, macica do oczyszczenia. 'Tego się nie da uratować', 'to już się poroniło'.

Andzia. Byłyśmy niewidzialne

Andzia była 300 km od domu, kiedy pojawiło się plamienie. Nie czuła ruchów dziecka, 20-tygodniowej Tosi.

Opowiada: - Trafiłam do szpitala w niedużym mieście na Mazurach. Na jednej sali leżały ze mną dziewczyny tuż przed porodem, oglądały wyprawkę, wybierały kolor wózka... Personel koncentrował się na nich, a ja i druga dziewczyna, też w trakcie poronienia, byłyśmy nie-widzialne. Kiedy mówiłyśmy, że nas boli, słyszałyśmy, że boli to dopiero przy porodzie.

Taka ciąża, nie ciąża

Na forum.gazeta.pl/poronienie jest wątek 'słowa, które nigdy nie powinny paść'. Blisko 300 wpisów. Drastyczna lektura.

Leżąc na patologii w 5. tygodniu, usłyszałam: 'Ta tu to taka ciąża, nie ciąża, i tak poleci wcześniej czy później'.

Praktykant do lekarza, przed samym zabiegiem łyżeczkowania martwej ciąży: 'Czy to aborcja?'. 'Nie, abrazja, usunięcie resztek'.

Mała ciąża - mała strata?

'Wiem, o czym mówisz. Też to przeżyłam' - kobiety dopisują kolejne bolesne relacje. Ślą listy do fundacji Rodzić po Ludzku. Zaczynają tak: 'Wasza ankieta nie do końca mnie dotyczy, bo mój synek urodził się martwy, ale...'

Opowiadają o bólu potęgowanym przez to, z jakim podejściem zderzają się w szpitalach.


- To był dla mnie szok, bo trafiam z poronieniem do szpitala, który ma dobre opinie. Te kilkanaście godzin pobytu tam to jeden wielki koszmar - opowiada Monika Nagórko szefowa Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu (www.poronienie.pl).

- Przy 'normalnym' porodzie można wywalczyć sobie: intymność, otoczenie bliskich, znieczulenie. A w przypadku poronienia - amnezja, jakby kobieta, która rodzi przedwcześnie, nagle tego nie potrzebowała - dodaje Magda Kowalska-Lasia z organizacji Dlaczego skupiającej 'rodziców po stracie oraz rodziców dzieci chorych'.

Polskie szpitale są nieprzygotowane do opieki nad matkami, które tracą dziecko. Brakuje przede wszystkim jasno określonych standardów medycznych i wiedzy psychologicznej . Panuje przekonanie, że 'mała ciąża - mała strata' . Współistnieje ono - co rodzice podkreślają z goryczą - z hasłami o ochronie życia poczętego. Kiedy jednak życie obumiera, matka i dziecko przestają podlegać jakiejkolwiek ochronie. Z bagatelizowania straty bierze się traktowanie roniących kobiet bez troski.

W oficjalnych rozmowach ze szpitalami, na które są skargi, pojawiają się zapewniania, że problem jest poważny, dostrzegany. W nieoficjalnych można usłyszeć, że kobiety przesadzają, że 'poronienia były, są i będą'.

- Jest ogromna dysproporcja między poronieniem widzianym od strony medycznej a tym, co przeżywa kobieta. Wielu nie zdaje sobie z tego sprawy - mówi Jerzy Zwoliński, ginekolog ze Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im. św. Rodziny w Warszawie zajmujący się naukowo tematem poronień. - Poronienie to jest dla kobiety śmierć ogromnych nadziei. Szczególnie dziś, kiedy dziecko planuje się świadomie, potwierdza ciążę bardzo wcześnie, ogląda na USG. Lekarz często nie ma świadomości, jaki to potężny wstrząs dla kobiety. A jeśli jeszcze nie może jej powiedzieć niczego o przyczynach, a blisko 75 proc. poronień nie daje się wyjaśnić, to zamienia je w medyczny zabieg - mówi.

Prof. Ewa Dmoch-Gajzlerska, kierownik Zakładu Dydaktyki Ginekologiczno-Położniczej Akademii Medycznej w Warszawie: - W edukacji problem poronień występował wcześniej głównie w kontekście czysto medycznym. Także dlatego, że istniała pewna społeczna wstydliwość w mówieniu o tym, kobiety nie artykułowały tych problemów. Teraz kładziemy na studiach duży nacisk na emocje, współpracujemy ze stowarzyszeniem rodziców, to dla nas bardzo ważne, pomaga przygotować personel.

Magda wspomina położną, która opiekowała się nią przy drugiej ciąży, bardzo dobrą, troskliwą. Zapytała o 'historię ciążową', Magda powiedziała, że w 27. tygodniu straciła dziecko. - Yhm, 27. tydzień... To właściwie jest już jakaś strata - powiedziała położna. 'Jakaś strata' miała na imię Natalia, urodziła się za wcześnie, żyła dwa miesiące. - Jakaś strata? A naprawdę widać było, że to życzliwa położna, ale tak była ukształtowana - mówi Magda.

Po zabiegu, kiedy płakałam, ciągle ktoś do mnie przychodził (a to lekarz, a to pielęgniarka) i pytał z wyrzutem w głosie: 'Ale o co ty na miłość boską płaczesz?! O tę ciążę?'.

Im mniejsza ciąża, tym większe odbieranie kobiecie prawa do przeżywania bólu. W powszechnym rozumieniu poronienie to jest taka spóźniona miesiączka. Ciebie to zwala z nóg. A słyszysz: 'Czego histeryzujesz, nic się przecież nie stało' - mówi Anka, kolejna z mam.

- Różnice w przeżywaniu straty zależą od osobowości, momentu, w którym dziecko pojawiło się w życiu, a nie zaawansowania ciąży. Ból i siła reakcji depresyjnej mogą być tu takie same w 6. i 26. tygodniu - podkreśla psycholog Izabela Barton-Smoczyńska, autorka książki o poronieniach 'O dziecku, które odwróciło się na pięcie'.

Monika Nagórko: - Trzeba zauważyć w kobiecie, która roni, matkę tracącą dziecko, wtedy pojawi się szacunek. To pierwszy punkt naszych 'warunków ronienia z godnością', tak naprawdę można na nim się zatrzymać, bo cała reszta wynika z tego jednego.

- Szpitale, które identyfikują się z postulatami akcji 'Rodzić po Ludzku' i pracują nad tym, aby oferować jak najlepsze warunki i atmosferę, powinny być przygotowane do opieki nad kobietami, które doświadczają tej smutnej i trudnej strony macierzyństwa - podkreśla Urszula Kubicka-Kraszyńska z fundacji Rodzić po Ludzku.

Jak powinno być

Andzia opowiedziała o poronieniu Tosi na forum. gazeta.pl, potem dopisała jeszcze drugą historię, bo poroniła po raz drugi. - Tym razem jednak było po ludzku.

Kiedy zgłosiła się do szpitala z plamieniem, potraktowano ją poważnie, choć to była 'mała ciąża'. Zareagowano natychmiast, od razu zrobiono badania, podano leki, przewieziono ją na salę - żeby nie musiała chodzić.

Lekarz i położne ciągle pytali, czy czegoś nie potrzebuję, nawet w nocy położna zaglądała do mnie.

Leżała z nią na sali dziewczyna w szóstym miesiącu. Ale kiedy Andzia wróciła z badania, które pokazało, że ciąży nie da się uratować, dziewczyna z brzuszkiem była już w innej sali. - Przenieśli ją, żeby nie przysparzać mi cierpień.

Potem lekarz, ordynator i psycholog wytłumaczyli jej mechanizm poronienia, powiedzieli, że może czekać, aż to stanie się samoistnie, może przyjąć leki na wywołanie porodu, można też zrobić zabieg. Przedstawili za i przeciw każdego z rozwiązań, na koniec zapytali ją o decyzję.

Postanowiła czekać, powiedzieli, że w każdej chwili może dostać środki przeciwbólowe albo zmienić decyzję. Gdy poroniła, byli obok położna, lekarz. - Może to zabrzmi dziwnie, ale lekarz zostawił mnie na chwilę samą i powiedział, że mogę się pożegnać.

Jeszcze tego samego dnia, choć był późny wieczór, zrobiono konieczny zabieg, żeby niepotrzebnie nie krwawiła. Mogła wybrać rodzaj znieczulenia. Położne same zawiadomiły jej rodzinę, a rodzice byli z nią całą noc.

Rano przyszedł do Andzi psycholog. Dostała też skierowania na badania, umówiono ją na wizytę u genetyka. Dostała leki przeciwbólowe i uspokajające. A także informację o grupie wsparcia na www.poronienie.pl. I nie była to klinika prywatna, ale mały szpital pod ?Żodzią.

- Personel nie dostał ani grosza, lekarza prowadzącego widziałam pierwszy raz w życiu - podkreśla Andzia.

'Szczerze mówiąc, twoja historia wydaje mi się wyjątkowa', 'aż mi się wierzyć nie chce' - dopisują dziewczyny.

Bo to przecież takie małe

Dając czas na pożegnanie z 'małą ciążą', lekarz zrobił coś 'dziwnego' - bo tego prawa roniącym się odmawia.

Rodzi się moje dziecko, jest przerażająca cisza, pan doktor oznajmia mi, że nie może mi pokazać dziecka, bo widok jest 'zbyt drastyczny', po czym wchodzi na salę salowa i rezolutnie pyta: Palimy czy pani zabiera?

Opowiadają dławiące historie: Zapytała o ciało i dowiedziała się, że płód już został zutylizowany, w szpitalnej spalarni, z odpadkami medycznymi.

Zdążyła zobaczyć tylko, że już je wynoszą, jeszcze żyjące w metalowej nerce.

Dostała dziecko w pudełku po butach, w słoiku.

Rodzice opisują też drogę przez biurokratyczną mękę, którą przeszli, chcąc pochować ciała dzieci 'tak małych'.

Przed rokiem 'Gazeta' pisała o walce matki o prawo do pogrzebania 22-tygodniowej córeczki. Dziecko ważyło 460 g, żyło kilkadziesiąt minut po porodzie. Matka słyszała, jak córka płakała, 'miała wszystko wykształcone jak normalne dziecko'. W szpitalu tłumaczono jej, że jednak nie urodziła, tylko poroniła, dziecko więc to był płód i w związku z tym nie można go pochować, wydać dokumentów, a ciało powinno zostać spalone. Szpital tłumaczył to przepisami. Błędnie.

W jednym z poznańskich szpitali kobieta poroniła niedawno w 9. tygodniu, dostała wszystkie dokumenty potrzebne do zarejestrowania i pogrzebu. W USC wydano jej akt urodzenia z adnotacją 'dziecko urodziło się martwe' - jest to jednocześnie akt zgonu.

- Obecne przepisy pozwalają na pochówek i rejestrację dziecka niezależnie od wagi i wieku ciąży - podkreślają rodzice ze stowarzyszenia. Okazuje się, że prawo nie daje podstaw do odmowy pochówku. Ale też nie mówi wprost, jak postępować z martwymi płodami. Jakby i tu problem był niewidzialny. Ma to uporządkować nowe rozporządzenie przygotowywane przez Ministerstwo Zdrowia, które będzie wskazywać precyzyjnie: rodzice mają prawo do metryki i pochówku dziecka bez względu na zaawansowanie ciąży. Nieodebrane płody mają już nie być palone z odpadkami.

Po trzech tygodniach wróciłam do szpitala na badania. Ginekolog wręczył mi zdjęcia dziecka i odbite na papierze stópki i rączki.

Tych zdjęć nie oglądałam, mąż czeka na mnie, abym była gotowa na to, lecz stópki i rączki odbite na papierze noszę przy sobie bez przerwy.

To relacja ze szpitala w Holandii. Wśród dobrych praktyk w broszurze fundacji Rodzić po Ludzku w rozdziale 'poród martwego dziecka, poronienie' napisali i tę wskazówkę dla personelu: jeśli to możliwe, zachowaj pamiątk


,

Inspiracje

Zastanawiające jest, jak bardzo nasze społeczeństwo jest krytyczne wobec kobiet, które palą, piją alkohol czy używają narkotyków w ciąży, jednocześnie całkowicie akceptując fakt podawania im w trakcie porodu silnych narkotyków i kompletnie nie myśląc o wpływie, jaki mogą mieć na dziecko.

Beverly A.L. Beech, 2004


Sonda

Michel Odent podczas konferencji "Dokąd zmierzamy? - nowe spojrzenie na poród" mówił o tym, że jednym z podstawowych warunków, jakie należy zapewnić kobiecie rodzącej, jest poczucie bezpieczeństwa i intymności (mała liczba osób w sali porodowej, przygaszone światło etc.). Czy podczas Twojego porodu były spełnione powyższe warunki?

Tak, miejsce w którym rodziłam spełniało powyższe kryteria. - 30.3%
Przez część porodu miałam zapewnione wszystkie warunki, o których mówił M. Odent. - 19%
Miałam zapewnione powyższe warunki przez niewielką część porodu i w niewielkim zakresie. - 9.1%
Podczas mojego porodu powyższe warunki w ogóle nie zostały spełnione. - 41.6%

Liczba głosów: 231
Głosowanie zostało zakończone. na: 28 Kwi 2012 - 09:59